niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział Drugi

                                                                              2.                                                    

W naszym mieście, Shibusen, pojawił się nowy, młody samuraj, który stał się kolejnym pupilkiem władcy. Od dawna nie pojawił się nikt spoza rodów, które obecnie służyły naszemu Panu, więc tenże chłopak szybko stał się obiektem wszechobecnych plotek i szeptów wśród mieszkańców. Wiele pogłosek mówi, że jego poprzedni mistrz bił go drewnianym kijem w dzień i w nocy po to, aby stał się lepszym  szermierzem, a także by znał ból oraz nie bał się go, gdy musiał go doznać w imię swojego Pana. Raz opanowana sztuka przez samuraja, nigdy go nie opuszcza, zostaje z nim do samego końca. Samuraj pozostanie samurajem, aż do ostatniej sekundy swego życia. Trenował codziennie i podróżował po świecie, w poszukiwaniu coraz to lepszych nauczycieli. I w taki o to sposób przygarnął go nasz władca. Lecz nikt nie pozna jego umiejętności, dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz, w pojedynku. Nazywam się Ren Toru i właśnie takie pogłoski  krążą o mnie w tym mieście. Jednak ludzie nie znają prawdy. Tak naprawdę miałem surowego, ale i zarazem kochającego ojca, który uczynił ze mnie najlepszego samuraja. Srogie i bardzo wymagające treningi, do których przykładałem się z całych swoich sił i poświęciłem im większość mojego życia, częste podróże służące nabieraniu doświadczenia oraz poznawaniu różnych typów ludzi, przyczyniły się do tego, że zostałem samurajem, z czego jestem bardzo dumny. Jednak nie tylko to miało tak duży  wpływ na to, kim się stałem… Miałem młodszą siostrę imieniem Miwa, która była delikatna i bardzo inteligentna jak na swój wiek, a ja jako jej starszy brat miałem ją chronić i starałem się, ale zawiodłem... Została zabita przez bandę nieposkromionych bandytów, na moich oczach złapali ją i zamordowali… Przeżyłem tylko dlatego, że nasz ojciec przybył nam na pomoc, lecz o chwilę za późno. Nie winię go za to, bo to była moja wina, a Miwa nie zasłużyła na taki los. Zawiodłem jako starszy brat, a zarazem byłem tak wściekły, chciałem zemsty! Przez to miałem więcej motywacji do treningów, do których już wcześniej bardzo się przykładałem. Chciałem się zemścić, więc zrobiłem to, gdy tylko zyskałem na sile, pomściłem moją siostrę. Teraz służę mojemu Panu, Masaomiemu Hattori, ale także gdy tylko mam okazję pozbywam się bandytów, złodziei i innych członków półświatka, aby już nikt nigdy nie musiał doświadczyć tego samego cierpienia oraz bólu co ja.
-Yo! Ren! Co jest? Cały czas gapisz się w niebo odkąd się rozdzieliliśmy?
Kiedy zwróciłem wzrok w kierunku, z którego doszło wołanie, zobaczyłem  Wataru Ichiro. Ten człowiek zawsze jest uśmiechnięty i radosny, nigdy nie widziałem go wściekłego bądź smutnego. Jest niepoprawnym optymistą, a  jego motto brzmi „ Myśl pozytywnie, a każdy dzień będzie wspaniały”. Jest moim najlepszym przyjacielem jak i również największym rywalem. Zawsze prowadzimy wyrównane pojedynki. Najprawdopodobniej jest jedynym samurajem w tym mieście, dorównującym moim zdolnościom. Patrzyłem jak powoli zbliża się w moją stronę, aż w końcu odpowiedziałem.
- Witaj, właśnie idę do naszego Pana. – jak zawsze moje odpowiedzi są krótkie i na temat. Nie lubię rozwodzić się nad nieistotnymi kwestiami.
- Cieszy mnie to bardzo, bo ja też! Słyszałeś nowe wieści? - spojrzał na mnie, a gdy zobaczył moje przeczące kręcenie głową, mówił dalej. - Niby ma dojść do kolejnej wojny z naszymi sąsiadami. Znowu doszło do kłótni między władcami, oczywiście o handel ludźmi. Nasi obywatele są w tajemniczy sposób porywani i wywożeni poza granice naszego regionu, a tam stają się niewolnikami. Takie rzeczy to nic nowego, ale nasz Pan chce iść ku lepszej przyszłości, a nasi sąsiedzi zobowiązali się do tego, że nie będą wkraczać na nasze terytorium w celu zdobywania ludzi do handlu, ale nie wywiązują się z umowy i wręcz ataki stały się częstsze. Oczywiście oni się wypierają wszystkich zarzutów i nasz Pan traci już swoją cierpliwość.
- Tak, doszły do mnie pewne pogłoski, ale nie byłem pewny czy są prawdziwe. – Nie obchodzi mnie to zbytnio, ale mam obawy odnośnie, tego że moja rodzina może zostać skrzywdzona lub w jakiś sposób uwikłana w tą sprawę, więc muszę się dowiedzieć czegoś więcej, a z resztą będę podążać za rozkazami mego władcy, który jest dla mnie prawem. On na pewno poczyni odpowiednie kroki, by temu zapobiec. Mój Pan jest wspaniałym samurajem, a zarazem dobrym politykiem, jak również dba o zwykłych ludzi w przeciwieństwie do innych władców, dlatego to właśnie jemu służę.
- Są prawdziwe, więc musimy przygotować się na mega zły humor naszego Pana i na ciężką harówkę. - powiedział Wataru, przy czym uśmiechnął się kpiąco.
- Przecież ty nigdy ciężko nie pracujesz! Ja wszystko za ciebie muszę robić. - rzekłem z przekąsem.
- No weź, Ren! To nieprawda! Staram się! Nie moja wina, że ja i ciężka robota się nie lubimy. - odpowiedział szybko, po czym zaśmiał się i szliśmy dalej, przekomarzając się. Lubiłem z nim spędzać czas, jest dobrym gościem i dzięki niemu mogę zapomnieć o wszelkich problemach czy troskach. Zawsze wie co powiedzieć, żeby mnie rozśmieszyć i podnieść na duchu, ale gdy stanie się poważny, to jest w stanie zrobić wszystko. Jest dla mnie jak brat, pogodny, a zarazem silny i oddany przyjaciołom. Mijaliśmy wielu ludzi, a oni skłaniali swe głowy, w ten sposób okazywali szacunek naszemu Panu i nam, samurajom, którzy ich chronią. Im bardziej zbliżaliśmy się do domu władcy, tym więcej widzieliśmy poważnych, ponurych twarzy członków rodów, które służyły Masaomiemu Hattori. Przestaliśmy żartować, spoważnieliśmy i przyśpieszyliśmy kroku, by szybciej dotrzeć na miejsce. Widok tych wszystkich osobistości wskazywał na zwołanie narady przez naszego Pana, co również potwierdzało słowa Wataru o zbliżającej się wojnie. Gdy weszliśmy do sali, która już była w połowie wypełniona, na tle głównej ściany pomieszczenia z wymalowanym na niej drzewem genealogicznym Masaomiego Hattori, siedział właśnie on, we własnej osobie. Wysoki, barczysty mężczyzna z blizną na twarzy, a jego bujne włosy, których nigdy nie udało mu się ułożyć, niegdyś kruczoczarne, obecnie były poznaczone białymi wstęgami włosów, które już utraciły swoją barwę. Mimo licznych zmarszczek i innych oznak starości, jego postawa nadal napawała wrogów strachem, a przyjaciół szacunkiem. Obecnie siedząc przed zbierającymi się samurajami, nie poruszył się choćby na centymetr ani nie zmienił wyrazu twarzy. Jedynie jego oczy co jakiś czas prześlizgiwały się po zebranych, aby ocenić czy już wszyscy dotarli. Mimo, że jego twarz była obojętna, to z całego jego ciała dało się wyczuć napięcie oraz wzrastający po trochu gniew. Członkowie narady niecierpliwie oczekiwali na przybycie brakujących osób, które najwyraźniej nie znając powagi sytuacji, nie śpieszyły się z przybyciem. Każdy kolejny człowiek, który wchodził do sali, natychmiast milknął po wyczuciu napięcia, które było niemalże namacalne. Gdy ostatecznie wszyscy dotarli nasz pan bez żadnego wstępu przemówił.
- Nadchodzi wojna z Tsubagakure! - mimo, że nie krzyknął, to wszyscy go usłyszeli, nie musiał podnosić głosu, aby zrobić na innych wrażenie, wystarczyło, by przemówił, a ludzie od razu cichli i oczekiwali na dalszą część jego wypowiedzi. - Nasi sąsiedzi nie są w stanie dostosować się do moich wymagań, do umowy, którą wcześniej zaprzysięgli wdrążyć. Nie jestem w stanie już dłużej tolerować ich bezprawnych działań, których z resztą z dużą pewnością siebie, się wypierają. Uważają, że mogą sobie tak poczynać, bo mają bodajże więcej zbrojnych od nas i nasi obywatele są mniej warci. Lecz my nie poddamy się bez walki i zamierzam im pokazać, gdzie jest ich miejsce. Ich postępowanie kłóci się z moim kodeksem moralnym, a także prowadzi do krzywdzenia moich poddanych, a ja nie zamierzam tego tak zostawić. Pokażę im, że z nami się nie zadziera! Powinni respektować moje prośby, które do nich wysunąłem, gdyż liczyłem na sąsiedzką współpracę. Nie zrobili tego, więc to oznacza wojnę! Idę walczyć, walczyć o honor mój, wasz i naszych obywateli, a także o wspólne dobro i bezpieczeństwo. Czy podążycie za mną, aż do samego końca? - skończył przemowę, rozejrzał się i zamknął oczy oczekując reakcji. Zebrani z zapartym tchem wpatrywali się w swego Pana, analizując jego słowa, a po chwili dało się słyszeć ogłuszający krzyk, oznaczający aprobatę na tą deklarację. Przemowy władcy zawsze kończyły się w ten sposób, bo poruszały serca zebranych i były w stanie zmotywować ich do wszelkiego działania. Wszyscy wyciągnęli swe miecze i oddali hołd Panu. Ten otworzył oczy i po raz pierwszy tego dnia na jego ustach zagościł uśmiech, który był podziękowaniem za takie oddanie i wierność.
- Dziękuję Wam, więc proszę, żebyście zaczęli przygotowania do wojny. Gromadźcie broń, ludzi, jak najwięcej sprzymierzeńców i nie siejcie paniki wśród ludu. Strategię i dalsze działania omówimy na następnym spotkaniu, które odbędzie się za 10 dni. Niech odwaga i siła będzie z wami! - zakończył, a gdy wszyscy poderwali się, aby ruszyć do przygotowań, zawołał - Ren! Wataru! Wy zostajecie! Muszę z wami porozmawiać.
Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale posłusznie zostaliśmy na miejscach, w ciszy oczekując, aż ostatnia osoba opuści pomieszczenie. Gdy do tego doszło, ruchem ręki zostaliśmy przywołani bliżej naszego Pana. Przez chwilę lustrował nas wzrokiem z góry na dół, aż w końcu powiedział.
- Mam dla was inne zadanie. Czy się go podejmiecie?
- Tak jest! - odparliśmy równocześnie, jakbyśmy to ćwiczyli.
- Ooo, nawet nie wiecie co to za zadanie, a jesteście gotowi je wykonać? - zapytał, unosząc przy tym jedną brew w wyrazie zaciekawienia i lekkiego podziwu.
- Tak jest! - ponownie odpowiedzieliśmy razem.
- Dobrze, czyli słusznie zrobiłem wybierając właśnie was. - rzekł z nutą zadowolenia w głosie i zamilkł. Patrzył przez chwilę w przestrzeń, następnie spojrzał na nich i zaczął mówić. - Waszym zadaniem będzie przedostanie się do Tsubagakure. Macie pozostać niezauważeni, a jak już do tego dojdzie, macie nie dopuścić do tego, żeby dowiedzieli, że macie jakiś związek ze mną czy Shibusen. Musicie zdobyć jak najwięcej istotnych informacji i na bieżąco mnie informować, a gdy dojdzie do rozpoczęcia wojny macie natychmiast do mnie dołączyć. Również jesteście zobowiązani, aby być gotowymi na oddanie życia na tej misji. Czy podejmiecie się jej wykonania? - spojrzał na nas wyczekująco.
- Tak jest! Jak rozkażesz! - odparliśmy bez wahania.
- Rozumiem, doceniam wasze oddanie. Dziękuję. Ta misja jest naprawdę ważna, a znając wasze umiejętności, myślę że podołacie zadaniu. Wyruszacie dzisiaj o zmierzchu. Niech odwaga i siła będzie z wami! - zakończył i to był znak, że możemy odejść.
- Dziękujemy za zaufanie! - powiedzieliśmy, równocześnie się kłaniając, po czym opuściliśmy salę.
Gdy wyszliśmy na ulicę, wzięliśmy głęboki, uspokajający oddech, spojrzeliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy się niepewnie.
- No takiej harówki to ja się nie spodziewałem. - rzekł Wataru szczerząc się jak głupi.
- A ty to zawsze to samo. Zadanie mamy i musimy je wykonać. - odparłem, ale nie potrafiłem ukryć uśmiechu, gdy widziałem jak jest rozpromieniony. - Dobra, musimy się przygotować, więc chyba się powinniśmy rozejść, nie uważasz? A o zmierzchu spotkamy się przy zachodniej bramie?
- Nie! Przecież wiesz jak beznadziejnie idzie mi organizowanie niezbędnego ekwipunku na misję! Pomóż mi! - powiedział niezbyt udanie udając zrozpaczony, a zarazem proszący ton.
- Nigdy w życiu! Radź sobie sam! - powiedziałem i ruszyłem w swoją stronę. Jeszcze przez jakiś czas słyszałem jego krzyki, moją odpowiedzią na nie było krótkie machnięcie ręką. Odkąd przeniosłem się z rodzinnej wsi do miasta, mieszkałem sam. Wróciłem, więc do mojego skromnego, małego domku i zacząłem przygotowania. Naostrzyłem miecz, spakowałem odpowiednią ilość prowiantu, wody i pieniędzy. Po krótkim namyśle wziąłem również ostrzałkę. Przebrałem się w mniej zwracające uwagę ubrania, katanę przywiązałem do pasa, a na głowę założyłem słomiany kapelusz. Gdy miałem już wszystkie niezbędne mi przedmioty, a także upewniłem się, że wszystko jest na swoim miejscu, wyjrzałem na zewnątrz i zauważyłem, że słońce już chyli się ku zachodowi, więc powoli ruszyłem w umówione miejsce. Szedłem w skupieniu obmyślając następne działania, gdy byłem już blisko celu, zauważyłem Wataru. Wbrew temu co mówił, zorganizował się dosyć szybko i skutecznie, z tego co widać na pierwszy rzut oka. 

 Przyśpieszyłem nieco kroku i już chwilę później dołączył do mnie i zmierzaliśmy drogą do Tsubagakure. Szliśmy ramię w ramię dosyć żwawym krokiem, podróż powinna zająć nam góra 4 dni. Niedługo po odpuszczeniu miasta zapadła ciemność i nie było słychać typowego miejskiego gwaru. Postanowiliśmy tej nocy nigdzie się nie zatrzymywać, tylko przejść jak najdłuższy dystans, aby w dzień móc nieco zwolnić, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Odruchowo reagowaliśmy na każdy najmniejszy szelest, nawet jak był to tylko podmuch wiatru czy zwierzę. Byliśmy wyuczeni stałej czujności. Gdy się rozjaśniło, co świadczyło o rychłym nadejściu świtu, nadal szliśmy przyśpieszonym tempem, ponieważ jeszcze nie zauważyliśmy żadnego z przechodniów. Gdy słońce już całkowicie wynurzyło się zza horyzontu zwolniliśmy kroku. W południe dotarliśmy do małej mieścinki, która składała się maksymalnie z 10 domów, przysiedliśmy na ławce, uprzednio prosząc o pozwolenie właściciela.  Zjedliśmy śniadanie, napiliśmy się i trochę odpoczęliśmy. Najpierw jeden nieco się zdrzemnął, gdy drugi czuwał, a później nastąpiła zmiana. Odnowiliśmy trochę siły, po czym podziękowaliśmy za udzielenia ławki i ruszyliśmy dalej. Szliśmy wolniej jako, iż był dzień, mijało nas sporo osób, a także był to najgorętszy moment dnia. Wieczorem ponownie zrobiliśmy przerwę, lecz tym razem była ona krótka, ponieważ chcieliśmy tylko się napić. Idąc dalej rozglądaliśmy się za miejscem, w którym moglibyśmy spędzić noc. Na razie nic nie było w zasięgu naszego wzroku, ale ostatecznie zostaje nam sen pod gołym niebem. W końcu natrafiliśmy na samotny domek, stojący przy drodze, mieszkająca w nim rodzina była dosyć duża, ale samowystarczalna, a podróżnym proponowali konie. Poprosiliśmy o możliwość spania na sianie, dobroduszna kobieta uśmiechnęła się do nas promiennie i wręczyła nam 4 koce, a także po miseczce zupy. Tej nocy spokojnie spaliśmy na sianie, słysząc parskanie koni i śpiew świerszczy. Gdy obudziliśmy o poranku, wszyscy domownicy byli na nogach, aby zająć się obejściem. Na odchodne dostaliśmy po bułce i szklance świeżego mleka. Ruszyliśmy powoli w drogę, szliśmy umiarkowanym, rytmicznym krokiem. Dzisiejszego dnia presja nieco osłabła, więc prowadziliśmy ożywioną rozmowę. Często przerywaną żartami Wataru, który bardzo lubił w ten sposób odbiegać od tematu albo rozluźniać atmosferę. Wraz z nastaniem nocy zatrzymaliśmy się, aby zjeść i odpocząć. Pół nocy przespaliśmy pod gołym niebem, a następnie ruszyliśmy dalej, a drogę oświetlał nam blady księżyc i gwiazdy. Następnego dnia w spokoju kontynuowaliśmy podróż, niebo było nieco zachmurzone, a raz nawet padał przelotny deszcz. Wieczorem dotarliśmy do małej wioski, która znajdowała się pół godziny jazdy konnej od Tsubagakure. Postanowiliśmy zatrzymać się tu, aby należycie odpocząć i nazajutrz z rana wybrać się do miasta w pełni sił. Przeszliśmy się po wiosce i znaleźliśmy mały, tani zajazd w którym wynajęliśmy dwa pokoje, zjedliśmy obfitą kolację i poszliśmy spać. Gdy tylko nastał świt, wyszliśmy na ulicę, ruszyłem przodem, a Wataru, który stał za mną, z delikatnym niepokojem zapytał.
- Ej, Ren. Czy mi się coś pomyliło, czy to ty idziesz w złą stronę? - wskazał ręką na przeciwny kierunek do tego, który ja obrałem.
- Spokojnie, nadal masz głowę na właściwym miejscu. I ja też idę w dobrą stronę. - chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałem. - Bierzemy konie, a z tego co wczoraj zauważyłem to tam są stajnie. - Wskazałem stronę, w którą zmierzałem. Spojrzał na mnie ze zrozumieniem i uśmiechnął się.
- Ty zawsze o wszystkim myślisz!
- Oczywiście, że tak. Ktoś musi. - odparłem.
- Ej! Nie czepiaj się! Ja też mam czasem dobre pomysły i przemyślane działania!
- Właśnie! Czasem! To trzeba podkreślić.
- No dobra, już dobra. A wiesz, że to po prostu oznacza, że jesteśmy dobrymi partnerami? -  zapytał patrząc na mnie uważnie.
- Nie wiem o co ci chodzi. - rzekłem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową.
- Wiesz, bo mówią, że idealni partnerzy uzupełniają nawzajem swoje słabości. I u nas tak jest! Ty uzupełniasz mnie, a ja ciebie! - powiedział najwyraźniej z siebie dumny.
- Rozumiem tą część o twoich słabościach, bo w końcu je rzeczywiście uzupełniam, ale nie potrafię sobie wyobrazić jakie niby moje słabości ty uzupełniasz. - szybko skonfrontowałem jego wypowiedź  i przyglądałem mu się badawczo.
- Jak to nie wiesz?! Oczywiście, że chodzi o twoje kiepskie poczucie humoru! - odpowiedział równie sprawnie co ja i uśmiechnął się najwyraźniej dumny sam z siebie. Jeszcze chwilę patrzałem na niego z niedowierzaniem, a następnie się roześmiałem.
- O! Jakżeś wymyślił! Nigdy bym na to nie wpadł!
Śmiałem się jak nigdy, aż mnie brzuch nieco rozbolał. Wataru na początku wpatrywał się we mnie z udawanym oburzeniem, a po chwili dołączył do mnie. Śmialiśmy się razem, idąc ulicą, aż do samej stajni. Tam na siłę się uspokoiliśmy, żebyśmy byli w stanie dogadać się z właścicielem o co nam chodzi. Już kwadrans później obaj  siedzieliśmy w siodłach na silnych, zdrowych i pięknych wierzchowcach. Mój cały czarny z jedyną białą plamką na czole w kształcie gwiazdki, nazywał się Hoshi, stał pewnie i dumnie. Czuło się bijącą od niego siłę, determinację i na pierwszy rzut oka było widać, że jest wytrzymały. Wataru zaś dosiadał śnieżnobiałego konia z plamami brązu na całym ciele różnej wielkości. Jego postawa świadczyła o tym, że jest szybki i zwinny. Również bardzo dobry i wytrzymały rumak imieniem Pinto. Podziękowaliśmy za tak wspaniałe wierzchowce i ruszyliśmy w drogę. Jazda konna to jedno z moich bardziej lubianych zajęć. Pół godziny później już byliśmy na miejscu, zatrzymaliśmy się u bram miasta. Zsiedliśmy z koni i ruszyliśmy w głąb Tsubagakure z nimi przy boku. Dyskretnie rozglądaliśmy się dookoła udając podróżników rządnych przygód, poznawania nowych miejsc i smaków. W mieście było słychać typowy gwar, ulice były pełne ludzi zarówno przyjezdnych jak i mieszkańców. Jeszcze coś rzucało się w oczy. Mianowicie to, że gdzie nie spojrzeć, było widać niewolników. Czy to z ich panami, czy na targu wystawionych na sprzedaż, czy przechadzających się tu i tam, najwyraźniej spełniając zachcianki właścicieli, czy również zajmujących się obejściem albo pracą, handlem oraz innymi czynnościami na ich rzecz. Widać było również przepych tego miasta, zwłaszcza po najwyższym, największym i najbogaciej zdobionym domu znajdującym się w centrum metropolii. To mogło znaczyć tylko jedno, że to dom władcy. Rozdzieliliśmy się, pod pozorem zwiedzania miasta, rozglądaliśmy się choćby za najmniejszymi słabościami tego miejsca czy jego mieszkańców. Zaczęliśmy szukać również informacji, udając czystą ciekawość, sprytnie i niezauważenie wydobywaliśmy z ludzi, to co nas interesowało, a oni uznawali to za nieistotne szczegóły. Tak spędziliśmy kolejne trzy dni. Cały czas wysyłając naszemu Panu wiadomości za pomocą jastrzębi pocztowych. Mieszkaliśmy w małych hotelu w środkowej dzielnicy. Dla stworzenia pozorów kupowaliśmy różne rzeczy, pamiątki i inne drobiazgi, zapoznawaliśmy się z różnymi ludźmi, gdyż to było naszym celem, który podawaliśmy obcym. Zwiedzaliśmy różne miejsca, pytaliśmy o rozmaite historie, legendy czy plotki, równocześnie sami opowiadaliśmy jakieś opowiastki i anegdotki. Czwartego dnia o poranku wyszliśmy na ulicę przed naszym hotelem z pełnym ekwipunkiem, ponieważ mieliśmy zamiar zmienić miejsce zakwaterowania, rozpowiadając, że chcemy przy okazji poznać jakość innych zajazdów. Lecz coś było inne niż w poprzednich dniach, rozejrzeliśmy się, by sprawdzić źródło tej zmiany. Z uliczki po prawej stronie dochodziły podniesione głosy i tłum rozstępował się wobec przyczyny tego zamieszania. Po chwili na główną ulicę wypłynęło 5 samurajów. Gdy zobaczyli nas, żwawo ruszyli w naszą stronę krzycząc.
- Szpiedzy! Zdrajcy! Jesteście aresztowani! Mamy pozwolenie, aby was zabić, w razie gdybyście stawiali opór! Dlatego grzecznie pójdziecie z nami.
Ja i Wataru spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się, przybiliśmy piątkę, która była naszym nawykiem. Oboje dosiedliśmy swoich wierzchowców i ruszyliśmy w różne strony. On na południe, ja na północ. Mężczyzna, który przemówił wcześniej, teraz wrzeszczał jak szalony
- Łapać ich! Nie dajcie im uciec!
W tym momencie zrozumiałem, że samurajów tak naprawdę było 4, bo ten piąty był tylko człowiekiem, który starał się nim być. Był on zwykłym pozorantem. Czwórka ta rozdzieliła się, dwóch ruszyło za mną, a dwóch pozostałych za Wataru. Marna podróbka stała w miejscu i wywrzaskiwała rozkazy. Zdążyłem również zauważyć, że ta dwójka, która ruszyła za moim przyjacielem, w jego świetle wypada nieco blado, więc powinien sobie poradzić. Za mną biegł jeden młody samuraj, który miał nieco rozbiegany wzrok, najwidoczniej ze strachu. Było widać, że to jego pierwsze prawdziwe starcie. Z nim nie będzie żadnego kłopotu. Zaś ten drugi był niesamowitym samurajem. Wyczułem tą presję po jednym spojrzeniu na niego. Jego postawa była nieskazitelna, silna i pewna. Czułem, że ma za sobą nie jedno starcie i to on jest tu najsilniejszy. Nie wiem czy dam mu radę, ale najpierw muszę się pozbyć młodego... Nawet on może sprawić problemy, gdy wyczuje, że przywódca ma nade mną przewagę i dzięki temu zdobędzie się na odwagę, by też zabłysnąć. Rozejrzałem się wokoło szukając jakiegoś natchnienia. Zobaczyłem kanał nawadniający, już wcześniej sprawdziłem, że mimo, iż jest wąski, to zarazem jest bardzo głęboki. Po drugiej stronie zauważyłem stado egzotycznych ptaków w zagrodzie, obok niej stały skrzynie z owocami.  Skierowałem Hoshiego w tamtą stronę, dwójka za mną oczywiście zrobiła to samo. Wyciągnąłem miecz, mój wierzchowiec wyczuł co chcę zrobić, ponieważ nawet nie musiałem zmuszać go do skoku, sam go wykonał. Gdy tylko kopyta dotknęły ziemi, ciąłem liny przytrzymujące skrzynie, a one wraz z jabłkami spadły do zagrody, co spłoszyło ptaki. Wystraszone zwierzęta ruszyły przed siebie, prosto na tych, którzy mnie ścigali. Lider wyciągnął miecz, gdy przeskakiwał kanał, przeciął wszystkie ptaki, które weszły mu w drogę. Młodzian nie miał takiego refleksu i ogólnie za późno zauważył, co się tak naprawdę dzieje. Gdy tylko wzbił się w powietrze, aby uporać się z odległością dzielącą go od drugiej strony kanału, naskoczyły na niego trzy ptaki. Sprawiły, że opadł do wody, a nurt porwał go i po chwili zniknął z pola widzenia. Dobra. Jednego mniej. Muszę mieć przestrzeń do walki, muszę opuścić miasto! Jechałem w stronę północnej bramy, za którą była mało uczęszczana droga, gdyż prowadziła w góry i była niebezpieczna, ale była tam również polana zakończona klifem, w którego dole płynęła rwąca rzeka. Mimo, że jechałem konno, to przeciwnik systematycznie mnie doganiał. Przez tłum ludzi zgromadzony na ulicach miasta wierzchowiec nie mógł rozwinąć pełnej prędkości, co doprowadziło, że mężczyzna cały czas był w stanie nas gonić bez większego wysiłku. W końcu na uliczce prowadzącej do bramy, tłum przerzedził się i Hoshi w końcu rozwinął odpowiednią prędkość. Pościg został w tyle. Szybko przekroczyliśmy bramę, ale moja nadzieja została szybko rozwiana. Most wiszący, który był moją ostatnią drogą ucieczki, był zerwany. Koń zatrzymał się, zeskoczyłem z jego grzbietu, gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, przyjąłem odpowiednią pozycję i z mieczem wyciągniętym przed siebie, czekałem na mojego przeciwnika. Nie miałem innego wyjścia, musiałem podjąć walkę. Chwilę później wyłonił się z bramy miasta i wybiegł na otwartą przestrzeń. Wyglądał jak drapieżnik podążający za swoją ofiarą. Zatrzymał się około 30 kroków przede mną i spojrzał na mnie uważnie.
- Już nie uciekasz? - zapytał, badawczo wpatrując się w moje oczy.
- Skończyły mi się drogi ucieczki, a jako samuraj samobójstwa nie popełnię. Wolę zginąć z mieczem w ręku podczas walki i na pewno nie powiem nic co chcesz wiedzieć. - odparłem, patrząc na niego wyzywającym wzrokiem.
- Powiedziałeś wszystko co mnie interesuje. Tylko tyle chciałem wiedzieć. Chciałem wiedzieć czy jesteś godny nazywania samurajem, a także czy jesteś godny, abym to ja był tym, który cię zabije.
- Hah. A skąd ty niby możesz wiedzieć czego jestem godzien? - zapytałem, cały czas go obserwując.
-  Już sam fakt, że nie uciekasz, mimo że zdałeś sobie sprawę z tego, że jestem od ciebie silniejszy działa na twoją korzyść. - powiedział spokojnie, a ja wpatrując się w niego przełknąłem ślinę przez zaschnięte gardło z nerwów, wtedy on mówił dalej. - Prawdziwy samuraj to ten, który staje do walki bez względu na wszystko, walczy, aż do śmierci dzierżąc miecz i jest gotowy oddać życie w imię swego Pana. Ty spełniasz te wszystkie warunki. Dlatego walczmy! Nie zabiję cię jak zbrodniarza, a będę walczył z tobą w pojedynku na śmierć i życie. Zgodnie z zasadami uczciwości, a także by zachować nasz honor. Wyjaw mi swe imię. Chcę wiedzieć jak nazywa się człowiek, który staje ze mną na równi. - rzekł pewnie, ton jego głosu był mocny i świadczył o tym, że nie przyjmuje sprzeciwu. Zrozumiałem również, że to człowiek całkowicie oddany swoim zasadom, zupełnie jak ja, więc nawet nie wahałem się, aby wyjawić mu jak mnie zwą.
- Nazywam się Ren Toru.
- Dobre imię dla równie dobrego wojownika. Jam jest Kuki Yoshitaka.
Jeszcze raz zmierzyliśmy się spojrzeniami, gdy nasze oczy się spotkały, zawiał wiatr, między nami zawirował liść, powoli opadał. To był znak do rozpoczęcia. Z chwilą, w której listek dotknął ziemi, Kuki szybko zniżył swój balans ciałek i z przyśpieszeniem w trzech krokach znalazł się przede mną. Wziął zamach, ciął nisko celując w moje nogi. Instynktownie odskoczyłem do tyłu i końcem ostrza uderzyłem w jego miecz, aby zmienić jego kierunek. Jego cios miał niesamowitą siłę, mimo że tylko nieznacznie zmienił swój tor, to osiągnąłem swój cel i w ten sposób byłem w stanie całkowicie zablokować jego atak. Gdy tylko nasze miecze się skrzyżowały, poczułem jak jego katana wręcz emanuje energią swojego właściciela. Doszło do szybkiej wymiany ciosów, było słychać tylko ciche szelesty wiatru i zderzenia ostrzy. Gdy podbiłem jego miecz, od razu ruszyłem naprzód, celowałem w jego ramię, trafiłem, ale jego reakcja była niesamowicie szybka przez co jedynie go drasnąłem. Kuki zacisnął dłonie na rękojeści tak mocno, że knykcie mu pobielały. Zaczął napierać na mnie z całą swoją siłą, przez co spychał mnie do tyłu. Mogłem się tylko bronić, ale najważniejsze, że nie ranił mnie, dzięki temu nie traciłem, aż tak dużo energii. Jego cięcia były mocne, szybkie i precyzyjne. Gdybym tyle nie ćwiczył, nigdy nie byłbym w stanie ich skontrować. Po tym jak mnie zepchnął parę kroków wstecz, coraz bliżej klifu, zauważyłem, że się odprężył. Musiał poczuć się pewniej przez to, że zmusił mnie do defensywy, ale ja widząc to, wykorzystałem okazję i uderzyłem. Dzięki temu zachwiał się, a ja mogłem wykonać jeszcze jeden atak. Udało mi się zranić go w przedramię, z tego co zdążyłem zauważyć rana była dosyć głęboka. Ponownie natarł na mnie z całą swoją siłą, sprawił, że znowu cofnąłem się o półtora kroku i... I wtedy usłyszałem go. Usłyszałem ten głos, który mnie wzywał. Nie wiedziałem skąd dochodzi, ale słyszałem go wyraźnie. Zamarłem w bezruchu, nie wiedząc czy to jawa czy sen, a Kiku to zauważył, gdyż widać było, że chce powstrzymać swoje cięcie, ale było za późno. Od ramienia, przez cały brzuch, a kończąc na biodrze, moje ubranie zostało rozdarte, a skóra przecięta. Popłynęła krew, ale z tego co czułem to było to płytkie cięcie, przeciął mi tylko pierwszą warstwę skóry. Mój przeciwnik zatrzymał się z niepewnością wpatrując się we mnie, najwyraźniej nie wiedział, co ma zrobić. Następne co poczułem, to jak wnętrzności podchodzą mi do samego gardła, bo ziemia się pode mną zarwała i już spadałem w dół wprost do rwącej rzeki, nie miałem szans na przeżycie tego upadku. Kiku wyciągnął rękę w moim kierunku. Próbował mnie złapać, uczciwy do samego końca, ale nie udało mu się. Zabrakło mu ułamka sekundy. Wpatrywałem się w niego, a on we mnie dopóki widoku nie przesłoniła mi ciemna toń wody z rzeki. Woda, tak, wpadłem do wody. Co za marny koniec, nie wiedziałem, że przyjdzie mi umrzeć poprzez utonięcie... Jeszcze nie podziękowałem mojemu Panu czy Wataru... Gdy już uleciała ze mnie ostatnia nadzieja, ponownie usłyszałem jak ktoś mnie wzywa, następnie rozbłysk światła głęboko pod powierzchnią wody i poczułem szarpnięcie. Udało mi się na chwilę wynurzyć, zaczerpnąłem powietrze i wydałem z siebie jakiś dźwięk, ni to krzyk ni coś wyraźnego,  a po chwili znowu wciągnęło mnie pod wodę. Tym razem usłyszałem krzyk, był wyraźniejszy niż ten wcześniejszy głos, w oka mgnieniu poczułem jak coś chwyta mnie za ubranie i ciągnie mnie. Nie wiedziałem co się dzieje, a w chwilę później poczułem jak to coś wciąga mnie na brzeg. Usłyszałem kroki, wyplułem wodę, która dostała mi się do ust, a następnie dobiegł do mnie kobiecy głos.
- Wszystko w porządku? Co się stało? - zapytała z zaniepokojeniem w głosie.
Spoglądam w jej kierunku, ale nie mam wystarczająco siły, by spojrzeć w górę, widzę tylko zarys sylwetki w ciemności nocy i długie, brązowe włosy tak blisko mnie.

 Wyciągam rękę w ich stronę, by je chwycić, ale coraz bardziej opadają mi powieki.
- M-Miwa? - to jedyne co mogłem z siebie wyrzucić, mój głos był słaby i ochrypły, zanim całkowicie straciłem przytomność. Osnuła mnie ciemność, już nic nie słyszałem, nic nie mówiłem, ani nic nie czułem. Czy to tak wygląda śmierć? Czy to Miwa przyszła po mnie?
C. D. N~.