poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rozdział Czwarty

4

„Ren Toru” – powtarzałam w myślach, przedstawił mi się! Można by uznać to za sukces, gdyby nie to, że najwidoczniej zrobił to pod wpływem chwili zaskoczenia spowodowanej atakiem kota. Gdy już się uspokoił, jego zachowanie było zupełnie inne. Ciągle łypał na mnie spode łba, zwłaszcza po podaniu kolacji, ponieważ najwyraźniej nie miał nigdy do czynienia z widelcem. W ogóle nie radził sobie z jego użyciem, a gdy zobaczył płytę indukcyjną, oparzył się, po czym zaczął coś wykrzykiwać w niezrozumiały sposób i wymachiwał mieczem na wszystkie strony. Lodówka też była dla niego niczym obcy z kosmosu, ją również chciał atakować. 


Cudem z Vivi udało nam się go powstrzymać i uspokoić. Od czasu, gdy się przedstawił, nie powiedział do nas już ani słowa. Vivian dała sobie spokój i poszła odpocząć do salonu. Zostaliśmy sami, a on patrzył na mnie groźnie, a jak do niego podchodziłam, to było tylko gorzej. Od razu przyjmował pozycję, która była na wpół defensywna, a na wpół ofensywna. Westchnęłam zrezygnowana, nie wiedząc, co mam robić. Przez jakiś czas patrzeliśmy na siebie w ciszy, wtedy mogłam na niego patrzeć do woli. Muszę przyznać, że jest nieziemsko przystojny. Przede wszystkim podobają mi się jego oczy, ciemnoniebieskie wciągające niczym głębia oceanu. Można by uznać, że jestem niegrzeczna, tak go lustrując od stóp do głów, ale on też bezczelnie się na mnie gapił i co ja poradzę, że jest tak przystojny, że wzroku nie można od niego oderwać? Cisza się przedłużała, co zrobiło się wręcz nieznośne, więc zapytałam.
- Nie chcesz się wykąpać? – przyglądałam się jego twarzy i jedyną oznaką tego, że mnie zrozumiał była brew, która się uniosła do góry. – No to przynajmniej pozwól mi zmienić twoje bandaże. – dodałam, wzdychając, na co on zmarszczył brwi, a w jego oczach malowała się niechęć. – Tak to my nie pogadamy! -  powiedziałam głośno zdenerwowana i znów spotkałam się z cichym milczeniem.
Gdy już miałam wyjść, do kuchni wszedł Neko, głośno miaucząc. 

Nastąpił przełom, z gardła Rena wydobył się krótki pomruk, a on sam znalazł się na drugim końcu pomieszczenia, jak najdalej od kota. Pamiętając poprzednią reakcję mężczyzny, szybko wzięłam futrzaka na ręce, z lodówki wyjęłam mleko, ze zlewu czystą miseczkę. Ren cały czas przechodził z jednego kąta w drugi, byle by tylko uniknąć kontaktu z kotem.
- Vivi! – zawołałam krótko i z salonu przyszła moja przyjaciółka. – Weź go na górę do mojego pokoju. Pamiętasz, co się działo, a ja tu próbuję z nim rozmawiać. Chociaż ciężko nazwać rozmową ciągłe gapienie się na siebie.
 Vivian uśmiechnęła się pokrzepiająco i powiedziała. – Powodzenia. Jakoś do niego przemówisz. Jesteś najlepsza w rozumieniu innych ludzi. – poklepała mnie po ramieniu i poszła zamknąć swojego kota w moim pokoju.
Patrzyłam, jak odchodzi, a po chwili przypomniałam sobie, jak dobrze nieznajomy zareagował na psa. Jego zachowanie było zupełnie inne, mojego pupila wcześniej głaskał, a na jego twarzy można było dostrzec cień uśmiechu. W tym momencie to ja się uśmiechałam jak głupia, bo wpadłam na pomysł jak dotrzeć do nieznajomego.
- Rolf! – zawołałam radośnie, a Ren od razu wzmógł czujność. Lecz gdy tylko pies wkroczył do kuchni, rozluźnił się, a przez jego twarz przeszła oznaka ulgi. Ja zaś planowałam dalsze działania, czyli kąpiel i zmiana bandaży. – Rolf, zabierz go do łazienki.
Pies zaszczekał, podszedł do mężczyzny i ciągnąc go za rękaw, prowadził go do łazienki. Ren szedł za nim posłusznie, a ja nie ruszałam się z miejsca, żeby go nie spłoszyć. Woda w wannie była przygotowana, więc chłopak, wiedząc, że się nie poddam, umył się posłusznie. Później pozwolił mi zmienić swoje bandaże, choć starał się odsunąć ode mnie najdalej, jak tylko było to możliwe i musiałam uważać, żeby go nie dotykać go za dużo. W dalszym ciągu również łypał na mnie groźnie. Spojrzałam na zegar, było już grubo po północy, a Vivi smacznie spała w moim pokoju. Westchnęłam cicho i powiedziałam.
- Czas spać. Chodź za mną.
Zero odpowiedzi, ale posłusznie szedł za mną, a u mojej nogi dreptał Rolf. Wspinając się po schodach, zastanawiałam się czy jeszcze będzie mi dane usłyszeć jego głęboki głos, który nadal odbija się echem w mojej głowie. Zerknęłam na niego, a na jego twarzy ujrzałam zmęczenie, niepewność i cień strachu. W sumie to nie takie dziwne skoro jest sam, w zupełnie obcym miejscu i pewnie nawet nie wie jak wrócić do domu. Serce ścisnęło mi się ze współczucia, ale nie odważyłam się go dotknąć, bałam się jego reakcji. Na końcu korytarza otworzyłam drzwi do pokoju gościnnego i wpuściłam go do środka.
- Tu możesz spać. Na dole w kuchni możesz korzystać ze wszystkiego, jak chcesz, napoje są w lodówce. Toaletę masz naprzeciwko. Wszystko pokazałam ci wcześniej. Rolf zostanie z Tobą. Dobranoc.
Powiedziałam, Ren patrzył na mnie, po czym kiwnął głową i zgiął się w głębokim ukłonie. Uśmiechnęłam się i pomachałam mu, zamykając drzwi, dostrzegłam jeszcze, że siada na łóżku obok leżącego na nim psa. Oparłam się o zamknięte drzwi i wspominałam wydarzenia z całego dnia, był to intensywny dzień, a zarazem niezwykły, tajemniczy oraz męczący. Nie wiedząc, co przyniesie jutro, wzięłam szybki prysznic i poszłam spać. Zasnęłam niezwykle szybko, a w snach nie opuszczał mnie tajemniczy samuraj Ren Toru i jego miły dla ucha głos.
Obudziłam się o 8 rano, gdy po twarzy przemykały mi promienie słońca. Przeciągnęłam się i wspominałam moje senne marzenia. Sama zdziwiłam się, że mężczyzna, aż tak mnie zainteresował. Jeszcze nigdy mnie to nie spotkało i nie uważałam, żeby było mi to jakoś szczególnie potrzebne. Lecz Ren miał w sobie coś, przez co nie mogłam przestać o nim myśleć i w sumie mimo trudnych początków sprawiało mi to przyjemność. Z zamyślenia wyrwało mnie chrapnięcie Vivi, która okupowała moje łóżko i zabiłaby mnie, gdybym wypomniała jej chrapanie. Postanowiłam zrobić śniadanie, a następnie sprawdzić jak ma się mój gość. Przygotowałam kanapki, jako że były najprostsze i najszybsze do zrobienia. Gdy wchodziłam po schodach, zobaczyłam, że drzwi do pokoju gościnnego są otwarte. Targana złym przeczuciem wbiegłam na górę, przeskakując niektóre schody. Wpadłam do środka, ale jego tam nie było. Łóżko dalej było zaścielone i nie wyglądało, jakby ktoś tam spał. Po moim pupilu też nie było ani śladu. Szybko zbiegłam po schodach i chwyciłam kluczyki do samochodu przyjaciółki. Nie powinna się obrazić, zwłaszcza że budząc ją, zmarnowałabym tylko cenny czas, ponieważ ma kamienny sen. W pośpiechu chwyciłam również kanapki, bo jak to moja mama miała w zwyczaju mówić „Na głodnego nic nie wymyślisz. Najpierw trzeba się najeść i dopiero rozmawiać ze sobą”. Wsiadłam do samochodu i udałam się na poszukiwania. Do głowy przychodziło mi tylko jedno miejsce, w którym mógłby być i to tam postanowiłam udać się najpierw. Po 15 minutach byłam na miejscu. Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam go. Odetchnęłam z ulgą, że udało mi się go znaleźć bez problemu. 

Siedział nad brzegiem rzeki i spoglądał na zachód słońca. Wyglądał, jakby chciał sobie coś przypomnieć, zrozumieć, a jego oczy patrzyły poza horyzont. W pewnej odległości siedział Rolf i uważnie obserwował samuraja. Podeszłam do niego i głaskając go po głowie, powiedziałam.
- Dziękuję, Rolf. Pilnowałeś go, prawda? Dobry pies.
Z niepokojem kroczyłam w kierunku samotnej sylwetki, nie wiedząc co powiedzieć. Serce podskakiwało mi z każdym spojrzeniem na jego piękną twarz, ale to nie tylko twarz mnie w nim fascynuje, cały był piękny, wręcz nieziemski, a jego męski głos już w ogóle był niesamowity. Przez to podziwianie, zapomniałam się i o mało na niego nie wpadłam.
- Przepraszam. Zapatrzyłam się. – powiedziałam szybko zawstydzona.
- Uważaj, jak chodzisz, dziwna kobieto. – odparł, nie patrząc na mnie.
Zaskoczona tym, że coś powiedział, zaniemówiłam, ale w mojej głowie rozpoczęła się burza „Dziwna kobieto? O co mu chodzi?”. Wcześniej zapalczywie milczał, a tu nagle się odzywa i to w taki sposób. Wpatrywałam się w niego osłupiała. Nie rozumiem jego zachowania, stroju, który jest jakby z innej epoki, już wszystkiego nie rozumiem. Nie wiedząc, co robić osunęłam się na ziemię obok niego i milczałam. Z każdą sekundą chce wiedzieć o nim więcej, jednak nie mam jak go zapytać. Muszę przyznać, że jestem nim zafascynowana, ale on jest taki skryty, unika mnie. Zachowuje się tak, jakby w każdej chwili mógł i chciał uciec, ale nie wie jak. Nie wiem jak go przed tym powstrzymać, skoro widać, że bardzo tego pragnie, że pragnie znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Powoli głowa mi pękała od tego myślenia, więc wyciągnęłam kanapki i jedną podałam mu, a on spoglądał na mnie podejrzliwie.
- Musisz jeść. Nie wiem, skąd jesteś i kim jesteś. Nie wiem, dokąd czy do kogo próbujesz wrócić, ale jak już cię przygarnęłam, to ci pomogę. – on milczał, patrząc na mnie bez zmiany wyrazu twarzy. – Nie możesz mi zaufać? Zrobiłam ci coś złego? Nic! Staram się tylko pomóc. – Ren tylko spuścił głowę, unikając mojego spojrzenia.
- Nie, nikomu nie zaufam. – rzekł cicho po chwili.
- Czemu? – z moich ust wydobyło się pytanie, jeszcze zanim zdążyłam pomyśleć.
- Ludziom nie można ufać. Każdy ma jakieś ukryte intencje. Nikt nie pomaga bezinteresownie. – powiedział, twardo podkreślając każde słowo.
- Nie wszyscy ludzi są tacy sami! – powiedziałam wzburzona. – Nie wiem, kogo do tej pory spotkałeś, że tak myślisz, ale nie oceniaj mnie, skoro mnie nie znasz! Ja chcę po prostu pomóc, zwłaszcza że widzę, jak cierpisz i jesteś samotny!
Drgnął, ale nic nie powiedział. Twardo milczał i nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Byłam zdenerwowana, poruszona, a zarazem rozbita. Nie wiedziałam jak mam go do siebie przekonać, już miałam zrezygnować, ale usłyszałam szczeknięcie Rolfa. Spojrzałam na niego i wiedziałam, że nie pozwoli mi się poddać.
- Lubisz Rolfa, prawda? – zapytałam, a on ponownie drgnął i tylko skinął głową twierdząco. Uśmiechnęłam się, widząc zwiększające się szanse. – Ufasz mu? – odpowiedziało mi kolejne skinięcie.
- To zaufaj mu w sprawie osądu ludzi. Jestem jego właścicielką, ufa mi i właśnie w tym momencie pilnuje, żebym się nie poddała, żebym nie rezygnowała, bo wie, że ja nigdy się nie poddaję i zawsze walczę do końca. I czy tego chcesz, czy nie będę tu siedzieć i czekać, aż zaufasz mi na tyle, że dasz sobie pomóc! – skończyłam, akcentując ostatnie słowo i z dużą pewnością siebie wgryzłam się w kanapkę. W końcu muszę mieć siłę, żeby sprostać zadaniu. Ren dalej milczał, ale jego ręce ruszyły się, unosząc jedzenie do ust. Udało się! Zrobiłam, znaczy się, my zrobiliśmy postępy. Gdy zjedliśmy, rzuciłam krótko.
- Już późno, wracajmy, bo Vivian będzie się martwić.
Wstałam i chłopak również, ruszyliśmy w drogę powrotną, a Rolf, widząc to, zaszczekał głośno, nieprzerwanie machając ogonem.
C.D.N~.