2.
W naszym mieście,
Shibusen, pojawił się nowy, młody samuraj, który stał się kolejnym pupilkiem
władcy. Od dawna nie pojawił się nikt spoza rodów, które obecnie służyły
naszemu Panu, więc tenże chłopak szybko stał się obiektem wszechobecnych plotek
i szeptów wśród mieszkańców. Wiele pogłosek mówi, że jego poprzedni mistrz bił
go drewnianym kijem w dzień i w nocy po to, aby stał się lepszym szermierzem, a także by znał ból oraz nie bał
się go, gdy musiał go doznać w imię swojego Pana. Raz opanowana sztuka przez
samuraja, nigdy go nie opuszcza, zostaje z nim do samego końca. Samuraj
pozostanie samurajem, aż do ostatniej sekundy swego życia. Trenował codziennie
i podróżował po świecie, w poszukiwaniu coraz to lepszych nauczycieli. I w taki
o to sposób przygarnął go nasz władca. Lecz nikt nie pozna jego umiejętności,
dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz, w pojedynku. Nazywam się Ren Toru i
właśnie takie pogłoski krążą o mnie w
tym mieście. Jednak ludzie nie znają prawdy. Tak naprawdę miałem surowego, ale i
zarazem kochającego ojca, który uczynił ze mnie najlepszego samuraja. Srogie i
bardzo wymagające treningi, do których przykładałem się z całych swoich sił i
poświęciłem im większość mojego życia, częste podróże służące nabieraniu
doświadczenia oraz poznawaniu różnych typów ludzi, przyczyniły się do tego, że
zostałem samurajem, z czego jestem bardzo dumny. Jednak nie tylko to miało tak
duży wpływ na to, kim się stałem… Miałem
młodszą siostrę imieniem Miwa, która była delikatna i bardzo inteligentna jak
na swój wiek, a ja jako jej starszy brat miałem ją chronić i starałem się, ale
zawiodłem... Została zabita przez bandę nieposkromionych bandytów, na moich
oczach złapali ją i zamordowali… Przeżyłem tylko dlatego, że nasz ojciec
przybył nam na pomoc, lecz o chwilę za późno. Nie winię go za to, bo to była
moja wina, a Miwa nie zasłużyła na taki los. Zawiodłem jako starszy brat, a
zarazem byłem tak wściekły, chciałem zemsty! Przez to miałem więcej motywacji
do treningów, do których już wcześniej bardzo się przykładałem. Chciałem się
zemścić, więc zrobiłem to, gdy tylko zyskałem na sile, pomściłem moją siostrę.
Teraz służę mojemu Panu, Masaomiemu Hattori, ale także gdy tylko mam okazję
pozbywam się bandytów, złodziei i innych członków półświatka, aby już nikt nigdy
nie musiał doświadczyć tego samego cierpienia oraz bólu co ja.
-Yo! Ren! Co
jest? Cały czas gapisz się w niebo odkąd się rozdzieliliśmy?
Kiedy zwróciłem
wzrok w kierunku, z którego doszło wołanie, zobaczyłem Wataru Ichiro. Ten człowiek zawsze jest uśmiechnięty
i radosny, nigdy nie widziałem go wściekłego bądź smutnego. Jest niepoprawnym
optymistą, a jego motto brzmi „ Myśl
pozytywnie, a każdy dzień będzie wspaniały”. Jest moim najlepszym przyjacielem
jak i również największym rywalem. Zawsze prowadzimy wyrównane pojedynki.
Najprawdopodobniej jest jedynym samurajem w tym mieście, dorównującym moim
zdolnościom. Patrzyłem jak powoli zbliża się w moją stronę, aż w końcu
odpowiedziałem.
- Witaj, właśnie
idę do naszego Pana. – jak zawsze moje odpowiedzi są krótkie i na temat. Nie
lubię rozwodzić się nad nieistotnymi kwestiami.
- Cieszy mnie to
bardzo, bo ja też! Słyszałeś nowe wieści? - spojrzał na mnie, a gdy zobaczył
moje przeczące kręcenie głową, mówił dalej. - Niby ma dojść do kolejnej wojny z
naszymi sąsiadami. Znowu doszło do kłótni między władcami, oczywiście o handel
ludźmi. Nasi obywatele są w tajemniczy sposób porywani i wywożeni poza granice
naszego regionu, a tam stają się niewolnikami. Takie rzeczy to nic nowego, ale
nasz Pan chce iść ku lepszej przyszłości, a nasi sąsiedzi zobowiązali się do
tego, że nie będą wkraczać na nasze terytorium w celu zdobywania ludzi do
handlu, ale nie wywiązują się z umowy i wręcz ataki stały się częstsze.
Oczywiście oni się wypierają wszystkich zarzutów i nasz Pan traci już swoją
cierpliwość.
- Tak, doszły do
mnie pewne pogłoski, ale nie byłem pewny czy są prawdziwe. – Nie obchodzi mnie
to zbytnio, ale mam obawy odnośnie, tego że moja rodzina może zostać
skrzywdzona lub w jakiś sposób uwikłana w tą sprawę, więc muszę się dowiedzieć
czegoś więcej, a z resztą będę podążać za rozkazami mego władcy, który jest dla
mnie prawem. On na pewno poczyni odpowiednie kroki, by temu zapobiec. Mój Pan
jest wspaniałym samurajem, a zarazem dobrym politykiem, jak również dba o
zwykłych ludzi w przeciwieństwie do innych władców, dlatego to właśnie jemu
służę.
- Są prawdziwe,
więc musimy przygotować się na mega zły humor naszego Pana i na ciężką harówkę.
- powiedział Wataru, przy czym uśmiechnął się kpiąco.
- Przecież ty
nigdy ciężko nie pracujesz! Ja wszystko za ciebie muszę robić. - rzekłem z
przekąsem.
- No weź, Ren!
To nieprawda! Staram się! Nie moja wina, że ja i ciężka robota się nie lubimy.
- odpowiedział szybko, po czym zaśmiał się i szliśmy dalej, przekomarzając się.
Lubiłem z nim spędzać czas, jest dobrym gościem i dzięki niemu mogę zapomnieć o
wszelkich problemach czy troskach. Zawsze wie co powiedzieć, żeby mnie
rozśmieszyć i podnieść na duchu, ale gdy stanie się poważny, to jest w stanie
zrobić wszystko. Jest dla mnie jak brat, pogodny, a zarazem silny i oddany
przyjaciołom. Mijaliśmy wielu ludzi, a oni skłaniali swe głowy, w ten sposób
okazywali szacunek naszemu Panu i nam, samurajom, którzy ich chronią. Im
bardziej zbliżaliśmy się do domu władcy, tym więcej widzieliśmy poważnych,
ponurych twarzy członków rodów, które służyły Masaomiemu Hattori. Przestaliśmy
żartować, spoważnieliśmy i przyśpieszyliśmy kroku, by szybciej dotrzeć na
miejsce. Widok tych wszystkich osobistości wskazywał na zwołanie narady przez
naszego Pana, co również potwierdzało słowa Wataru o zbliżającej się wojnie.
Gdy weszliśmy do sali, która już była w połowie wypełniona, na tle głównej
ściany pomieszczenia z wymalowanym na niej drzewem genealogicznym Masaomiego
Hattori, siedział właśnie on, we własnej osobie. Wysoki, barczysty mężczyzna z
blizną na twarzy, a jego bujne włosy, których nigdy nie udało mu się ułożyć,
niegdyś kruczoczarne, obecnie były poznaczone białymi wstęgami włosów, które
już utraciły swoją barwę. Mimo licznych zmarszczek i innych oznak starości,
jego postawa nadal napawała wrogów strachem, a przyjaciół szacunkiem. Obecnie
siedząc przed zbierającymi się samurajami, nie poruszył się choćby na centymetr
ani nie zmienił wyrazu twarzy. Jedynie jego oczy co jakiś czas prześlizgiwały
się po zebranych, aby ocenić czy już wszyscy dotarli. Mimo, że jego twarz była
obojętna, to z całego jego ciała dało się wyczuć napięcie oraz wzrastający po
trochu gniew. Członkowie narady niecierpliwie oczekiwali na przybycie
brakujących osób, które najwyraźniej nie znając powagi sytuacji, nie śpieszyły
się z przybyciem. Każdy kolejny człowiek, który wchodził do sali, natychmiast
milknął po wyczuciu napięcia, które było niemalże namacalne. Gdy ostatecznie
wszyscy dotarli nasz pan bez żadnego wstępu przemówił.
- Nadchodzi
wojna z Tsubagakure! - mimo, że nie krzyknął, to wszyscy go usłyszeli, nie
musiał podnosić głosu, aby zrobić na innych wrażenie, wystarczyło, by
przemówił, a ludzie od razu cichli i oczekiwali na dalszą część jego wypowiedzi.
- Nasi sąsiedzi nie są w stanie dostosować się do moich wymagań, do umowy,
którą wcześniej zaprzysięgli wdrążyć. Nie jestem w stanie już dłużej tolerować
ich bezprawnych działań, których z resztą z dużą pewnością siebie, się
wypierają. Uważają, że mogą sobie tak poczynać, bo mają bodajże więcej
zbrojnych od nas i nasi obywatele są mniej warci. Lecz my nie poddamy się bez
walki i zamierzam im pokazać, gdzie jest ich miejsce. Ich postępowanie kłóci
się z moim kodeksem moralnym, a także prowadzi do krzywdzenia moich poddanych,
a ja nie zamierzam tego tak zostawić. Pokażę im, że z nami się nie zadziera!
Powinni respektować moje prośby, które do nich wysunąłem, gdyż liczyłem na
sąsiedzką współpracę. Nie zrobili tego, więc to oznacza wojnę! Idę walczyć,
walczyć o honor mój, wasz i naszych obywateli, a także o wspólne dobro i
bezpieczeństwo. Czy podążycie za mną, aż do samego końca? - skończył przemowę,
rozejrzał się i zamknął oczy oczekując reakcji. Zebrani z zapartym tchem
wpatrywali się w swego Pana, analizując jego słowa, a po chwili dało się
słyszeć ogłuszający krzyk, oznaczający aprobatę na tą deklarację. Przemowy
władcy zawsze kończyły się w ten sposób, bo poruszały serca zebranych i były w
stanie zmotywować ich do wszelkiego działania. Wszyscy wyciągnęli swe miecze i
oddali hołd Panu. Ten otworzył oczy i po raz pierwszy tego dnia na jego ustach
zagościł uśmiech, który był podziękowaniem za takie oddanie i wierność.
- Dziękuję Wam,
więc proszę, żebyście zaczęli przygotowania do wojny. Gromadźcie broń, ludzi,
jak najwięcej sprzymierzeńców i nie siejcie paniki wśród ludu. Strategię i
dalsze działania omówimy na następnym spotkaniu, które odbędzie się za 10 dni.
Niech odwaga i siła będzie z wami! - zakończył, a gdy wszyscy poderwali się,
aby ruszyć do przygotowań, zawołał - Ren! Wataru! Wy zostajecie! Muszę z wami
porozmawiać.
Nie wiedzieliśmy
o co chodzi, ale posłusznie zostaliśmy na miejscach, w ciszy oczekując, aż
ostatnia osoba opuści pomieszczenie. Gdy do tego doszło, ruchem ręki zostaliśmy
przywołani bliżej naszego Pana. Przez chwilę lustrował nas wzrokiem z góry na
dół, aż w końcu powiedział.
- Mam dla was
inne zadanie. Czy się go podejmiecie?
- Tak jest! -
odparliśmy równocześnie, jakbyśmy to ćwiczyli.
- Ooo, nawet nie
wiecie co to za zadanie, a jesteście gotowi je wykonać? - zapytał, unosząc przy
tym jedną brew w wyrazie zaciekawienia i lekkiego podziwu.
- Tak jest! -
ponownie odpowiedzieliśmy razem.
- Dobrze, czyli
słusznie zrobiłem wybierając właśnie was. - rzekł z nutą zadowolenia w głosie i
zamilkł. Patrzył przez chwilę w przestrzeń, następnie spojrzał na nich i zaczął
mówić. - Waszym zadaniem będzie przedostanie się do Tsubagakure. Macie pozostać
niezauważeni, a jak już do tego dojdzie, macie nie dopuścić do tego, żeby
dowiedzieli, że macie jakiś związek ze mną czy Shibusen. Musicie zdobyć jak
najwięcej istotnych informacji i na bieżąco mnie informować, a gdy dojdzie do
rozpoczęcia wojny macie natychmiast do mnie dołączyć. Również jesteście
zobowiązani, aby być gotowymi na oddanie życia na tej misji. Czy podejmiecie
się jej wykonania? - spojrzał na nas wyczekująco.
- Tak jest! Jak
rozkażesz! - odparliśmy bez wahania.
- Rozumiem,
doceniam wasze oddanie. Dziękuję. Ta misja jest naprawdę ważna, a znając wasze
umiejętności, myślę że podołacie zadaniu. Wyruszacie dzisiaj o zmierzchu. Niech
odwaga i siła będzie z wami! - zakończył i to był znak, że możemy odejść.
- Dziękujemy za
zaufanie! - powiedzieliśmy, równocześnie się kłaniając, po czym opuściliśmy
salę.
Gdy wyszliśmy na
ulicę, wzięliśmy głęboki, uspokajający oddech, spojrzeliśmy na siebie i
uśmiechnęliśmy się niepewnie.
- No takiej
harówki to ja się nie spodziewałem. - rzekł Wataru szczerząc się jak głupi.
- A ty to zawsze
to samo. Zadanie mamy i musimy je wykonać. - odparłem, ale nie potrafiłem ukryć
uśmiechu, gdy widziałem jak jest rozpromieniony. - Dobra, musimy się
przygotować, więc chyba się powinniśmy rozejść, nie uważasz? A o zmierzchu
spotkamy się przy zachodniej bramie?
- Nie! Przecież
wiesz jak beznadziejnie idzie mi organizowanie niezbędnego ekwipunku na misję!
Pomóż mi! - powiedział niezbyt udanie udając zrozpaczony, a zarazem proszący
ton.
- Nigdy w życiu!
Radź sobie sam! - powiedziałem i ruszyłem w swoją stronę. Jeszcze przez jakiś
czas słyszałem jego krzyki, moją odpowiedzią na nie było krótkie machnięcie
ręką. Odkąd przeniosłem się z rodzinnej wsi do miasta, mieszkałem sam.
Wróciłem, więc do mojego skromnego, małego domku i zacząłem przygotowania.
Naostrzyłem miecz, spakowałem odpowiednią ilość prowiantu, wody i pieniędzy. Po
krótkim namyśle wziąłem również ostrzałkę. Przebrałem się w mniej zwracające
uwagę ubrania, katanę przywiązałem do pasa, a na głowę założyłem słomiany
kapelusz. Gdy miałem już wszystkie niezbędne mi przedmioty, a także upewniłem
się, że wszystko jest na swoim miejscu, wyjrzałem na zewnątrz i zauważyłem, że
słońce już chyli się ku zachodowi, więc powoli ruszyłem w umówione miejsce.
Szedłem w skupieniu obmyślając następne działania, gdy byłem już blisko celu,
zauważyłem Wataru. Wbrew temu co mówił, zorganizował się dosyć szybko i
skutecznie, z tego co widać na pierwszy rzut oka.

Przyśpieszyłem nieco kroku i
już chwilę później dołączył do mnie i zmierzaliśmy drogą do Tsubagakure.
Szliśmy ramię w ramię dosyć żwawym krokiem, podróż powinna zająć nam góra 4
dni. Niedługo po odpuszczeniu miasta zapadła ciemność i nie było słychać
typowego miejskiego gwaru. Postanowiliśmy tej nocy nigdzie się nie zatrzymywać,
tylko przejść jak najdłuższy dystans, aby w dzień móc nieco zwolnić, żeby nie
wzbudzać podejrzeń. Odruchowo reagowaliśmy na każdy najmniejszy szelest, nawet
jak był to tylko podmuch wiatru czy zwierzę. Byliśmy wyuczeni stałej czujności.
Gdy się rozjaśniło, co świadczyło o rychłym nadejściu świtu, nadal szliśmy
przyśpieszonym tempem, ponieważ jeszcze nie zauważyliśmy żadnego z
przechodniów. Gdy słońce już całkowicie wynurzyło się zza horyzontu zwolniliśmy
kroku. W południe dotarliśmy do małej mieścinki, która składała się maksymalnie
z 10 domów, przysiedliśmy na ławce, uprzednio prosząc o pozwolenie właściciela.
Zjedliśmy śniadanie, napiliśmy się i
trochę odpoczęliśmy. Najpierw jeden nieco się zdrzemnął, gdy drugi czuwał, a
później nastąpiła zmiana. Odnowiliśmy trochę siły, po czym podziękowaliśmy za
udzielenia ławki i ruszyliśmy dalej. Szliśmy wolniej jako, iż był dzień, mijało
nas sporo osób, a także był to najgorętszy moment dnia. Wieczorem ponownie
zrobiliśmy przerwę, lecz tym razem była ona krótka, ponieważ chcieliśmy tylko
się napić. Idąc dalej rozglądaliśmy się za miejscem, w którym moglibyśmy
spędzić noc. Na razie nic nie było w zasięgu naszego wzroku, ale ostatecznie
zostaje nam sen pod gołym niebem. W końcu natrafiliśmy na samotny domek,
stojący przy drodze, mieszkająca w nim rodzina była dosyć duża, ale
samowystarczalna, a podróżnym proponowali konie. Poprosiliśmy o możliwość
spania na sianie, dobroduszna kobieta uśmiechnęła się do nas promiennie i
wręczyła nam 4 koce, a także po miseczce zupy. Tej nocy spokojnie spaliśmy na
sianie, słysząc parskanie koni i śpiew świerszczy. Gdy obudziliśmy o poranku,
wszyscy domownicy byli na nogach, aby zająć się obejściem. Na odchodne
dostaliśmy po bułce i szklance świeżego mleka. Ruszyliśmy powoli w drogę,
szliśmy umiarkowanym, rytmicznym krokiem. Dzisiejszego dnia presja nieco
osłabła, więc prowadziliśmy ożywioną rozmowę. Często przerywaną żartami Wataru,
który bardzo lubił w ten sposób odbiegać od tematu albo rozluźniać atmosferę. Wraz
z nastaniem nocy zatrzymaliśmy się, aby zjeść i odpocząć. Pół nocy przespaliśmy
pod gołym niebem, a następnie ruszyliśmy dalej, a drogę oświetlał nam blady
księżyc i gwiazdy. Następnego dnia w spokoju kontynuowaliśmy podróż, niebo było
nieco zachmurzone, a raz nawet padał przelotny deszcz. Wieczorem dotarliśmy do
małej wioski, która znajdowała się pół godziny jazdy konnej od Tsubagakure.
Postanowiliśmy zatrzymać się tu, aby należycie odpocząć i nazajutrz z rana
wybrać się do miasta w pełni sił. Przeszliśmy się po wiosce i znaleźliśmy mały,
tani zajazd w którym wynajęliśmy dwa pokoje, zjedliśmy obfitą kolację i
poszliśmy spać. Gdy tylko nastał świt, wyszliśmy na ulicę, ruszyłem przodem, a
Wataru, który stał za mną, z delikatnym niepokojem zapytał.
- Ej, Ren. Czy
mi się coś pomyliło, czy to ty idziesz w złą stronę? - wskazał ręką na
przeciwny kierunek do tego, który ja obrałem.
- Spokojnie,
nadal masz głowę na właściwym miejscu. I ja też idę w dobrą stronę. - chłopak
spojrzał na mnie z niedowierzaniem i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałem.
- Bierzemy konie, a z tego co wczoraj zauważyłem to tam są stajnie. - Wskazałem
stronę, w którą zmierzałem. Spojrzał na mnie ze zrozumieniem i uśmiechnął się.
- Ty zawsze o
wszystkim myślisz!
- Oczywiście, że
tak. Ktoś musi. - odparłem.
- Ej! Nie
czepiaj się! Ja też mam czasem dobre pomysły i przemyślane działania!
- Właśnie!
Czasem! To trzeba podkreślić.
- No dobra, już
dobra. A wiesz, że to po prostu oznacza, że jesteśmy dobrymi partnerami? - zapytał patrząc na mnie uważnie.
- Nie wiem o co
ci chodzi. - rzekłem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową.
- Wiesz, bo
mówią, że idealni partnerzy uzupełniają nawzajem swoje słabości. I u nas tak
jest! Ty uzupełniasz mnie, a ja ciebie! - powiedział najwyraźniej z siebie
dumny.
- Rozumiem tą
część o twoich słabościach, bo w końcu je rzeczywiście uzupełniam, ale nie
potrafię sobie wyobrazić jakie niby moje słabości ty uzupełniasz. - szybko
skonfrontowałem jego wypowiedź i
przyglądałem mu się badawczo.
- Jak to nie
wiesz?! Oczywiście, że chodzi o twoje kiepskie poczucie humoru! - odpowiedział
równie sprawnie co ja i uśmiechnął się najwyraźniej dumny sam z siebie. Jeszcze
chwilę patrzałem na niego z niedowierzaniem, a następnie się roześmiałem.
- O! Jakżeś
wymyślił! Nigdy bym na to nie wpadł!
Śmiałem się jak
nigdy, aż mnie brzuch nieco rozbolał. Wataru na początku wpatrywał się we mnie
z udawanym oburzeniem, a po chwili dołączył do mnie. Śmialiśmy się razem, idąc
ulicą, aż do samej stajni. Tam na siłę się uspokoiliśmy, żebyśmy byli w stanie
dogadać się z właścicielem o co nam chodzi. Już kwadrans później obaj siedzieliśmy w siodłach na silnych, zdrowych
i pięknych wierzchowcach. Mój cały czarny z jedyną białą plamką na czole w
kształcie gwiazdki, nazywał się Hoshi, stał pewnie i dumnie. Czuło się bijącą
od niego siłę, determinację i na pierwszy rzut oka było widać, że jest
wytrzymały. Wataru zaś dosiadał śnieżnobiałego konia z plamami brązu na całym
ciele różnej wielkości. Jego postawa świadczyła o tym, że jest szybki i zwinny.
Również bardzo dobry i wytrzymały rumak imieniem Pinto. Podziękowaliśmy za tak
wspaniałe wierzchowce i ruszyliśmy w drogę. Jazda konna to jedno z moich
bardziej lubianych zajęć. Pół godziny później już byliśmy na miejscu,
zatrzymaliśmy się u bram miasta. Zsiedliśmy z koni i ruszyliśmy w głąb
Tsubagakure z nimi przy boku. Dyskretnie rozglądaliśmy się dookoła udając
podróżników rządnych przygód, poznawania nowych miejsc i smaków. W mieście było
słychać typowy gwar, ulice były pełne ludzi zarówno przyjezdnych jak i
mieszkańców. Jeszcze coś rzucało się w oczy. Mianowicie to, że gdzie nie
spojrzeć, było widać niewolników. Czy to z ich panami, czy na targu
wystawionych na sprzedaż, czy przechadzających się tu i tam, najwyraźniej
spełniając zachcianki właścicieli, czy również zajmujących się obejściem albo
pracą, handlem oraz innymi czynnościami na ich rzecz. Widać było również
przepych tego miasta, zwłaszcza po najwyższym, największym i najbogaciej zdobionym
domu znajdującym się w centrum metropolii. To mogło znaczyć tylko jedno, że to
dom władcy. Rozdzieliliśmy się, pod pozorem zwiedzania miasta, rozglądaliśmy
się choćby za najmniejszymi słabościami tego miejsca czy jego mieszkańców.
Zaczęliśmy szukać również informacji, udając czystą ciekawość, sprytnie i
niezauważenie wydobywaliśmy z ludzi, to co nas interesowało, a oni uznawali to
za nieistotne szczegóły. Tak spędziliśmy kolejne trzy dni. Cały czas wysyłając
naszemu Panu wiadomości za pomocą jastrzębi pocztowych. Mieszkaliśmy w małych
hotelu w środkowej dzielnicy. Dla stworzenia pozorów kupowaliśmy różne rzeczy,
pamiątki i inne drobiazgi, zapoznawaliśmy się z różnymi ludźmi, gdyż to było
naszym celem, który podawaliśmy obcym. Zwiedzaliśmy różne miejsca, pytaliśmy o
rozmaite historie, legendy czy plotki, równocześnie sami opowiadaliśmy jakieś
opowiastki i anegdotki. Czwartego dnia o poranku wyszliśmy na ulicę przed
naszym hotelem z pełnym ekwipunkiem, ponieważ mieliśmy zamiar zmienić miejsce
zakwaterowania, rozpowiadając, że chcemy przy okazji poznać jakość innych
zajazdów. Lecz coś było inne niż w poprzednich dniach, rozejrzeliśmy się, by
sprawdzić źródło tej zmiany. Z uliczki po prawej stronie dochodziły podniesione
głosy i tłum rozstępował się wobec przyczyny tego zamieszania. Po chwili na
główną ulicę wypłynęło 5 samurajów. Gdy zobaczyli nas, żwawo ruszyli w naszą
stronę krzycząc.
- Szpiedzy!
Zdrajcy! Jesteście aresztowani! Mamy pozwolenie, aby was zabić, w razie
gdybyście stawiali opór! Dlatego grzecznie pójdziecie z nami.
Ja i Wataru
spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się, przybiliśmy piątkę, która była
naszym nawykiem. Oboje dosiedliśmy swoich wierzchowców i ruszyliśmy w różne
strony. On na południe, ja na północ. Mężczyzna, który przemówił wcześniej,
teraz wrzeszczał jak szalony
- Łapać ich! Nie
dajcie im uciec!
W tym momencie
zrozumiałem, że samurajów tak naprawdę było 4, bo ten piąty był tylko
człowiekiem, który starał się nim być. Był on zwykłym pozorantem. Czwórka ta
rozdzieliła się, dwóch ruszyło za mną, a dwóch pozostałych za Wataru. Marna
podróbka stała w miejscu i wywrzaskiwała rozkazy. Zdążyłem również zauważyć, że
ta dwójka, która ruszyła za moim przyjacielem, w jego świetle wypada nieco
blado, więc powinien sobie poradzić. Za mną biegł jeden młody samuraj, który
miał nieco rozbiegany wzrok, najwidoczniej ze strachu. Było widać, że to jego
pierwsze prawdziwe starcie. Z nim nie będzie żadnego kłopotu. Zaś ten drugi był
niesamowitym samurajem. Wyczułem tą presję po jednym spojrzeniu na niego. Jego
postawa była nieskazitelna, silna i pewna. Czułem, że ma za sobą nie jedno
starcie i to on jest tu najsilniejszy. Nie wiem czy dam mu radę, ale najpierw
muszę się pozbyć młodego... Nawet on może sprawić problemy, gdy wyczuje, że
przywódca ma nade mną przewagę i dzięki temu zdobędzie się na odwagę, by też
zabłysnąć. Rozejrzałem się wokoło szukając jakiegoś natchnienia. Zobaczyłem
kanał nawadniający, już wcześniej sprawdziłem, że mimo, iż jest wąski, to
zarazem jest bardzo głęboki. Po drugiej stronie zauważyłem stado egzotycznych
ptaków w zagrodzie, obok niej stały skrzynie z owocami. Skierowałem Hoshiego w tamtą stronę, dwójka
za mną oczywiście zrobiła to samo. Wyciągnąłem miecz, mój wierzchowiec wyczuł
co chcę zrobić, ponieważ nawet nie musiałem zmuszać go do skoku, sam go
wykonał. Gdy tylko kopyta dotknęły ziemi, ciąłem liny przytrzymujące skrzynie, a
one wraz z jabłkami spadły do zagrody, co spłoszyło ptaki. Wystraszone
zwierzęta ruszyły przed siebie, prosto na tych, którzy mnie ścigali. Lider wyciągnął
miecz, gdy przeskakiwał kanał, przeciął wszystkie ptaki, które weszły mu w
drogę. Młodzian nie miał takiego refleksu i ogólnie za późno zauważył, co się
tak naprawdę dzieje. Gdy tylko wzbił się w powietrze, aby uporać się z
odległością dzielącą go od drugiej strony kanału, naskoczyły na niego trzy
ptaki. Sprawiły, że opadł do wody, a nurt porwał go i po chwili zniknął z pola
widzenia. Dobra. Jednego mniej. Muszę mieć przestrzeń do walki, muszę opuścić
miasto! Jechałem w stronę północnej bramy, za którą była mało uczęszczana
droga, gdyż prowadziła w góry i była niebezpieczna, ale była tam również polana
zakończona klifem, w którego dole płynęła rwąca rzeka. Mimo, że jechałem konno,
to przeciwnik systematycznie mnie doganiał. Przez tłum ludzi zgromadzony na
ulicach miasta wierzchowiec nie mógł rozwinąć pełnej prędkości, co
doprowadziło, że mężczyzna cały czas był w stanie nas gonić bez większego
wysiłku. W końcu na uliczce prowadzącej do bramy, tłum przerzedził się i Hoshi
w końcu rozwinął odpowiednią prędkość. Pościg został w tyle. Szybko
przekroczyliśmy bramę, ale moja nadzieja została szybko rozwiana. Most wiszący,
który był moją ostatnią drogą ucieczki, był zerwany. Koń zatrzymał się,
zeskoczyłem z jego grzbietu, gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, przyjąłem
odpowiednią pozycję i z mieczem wyciągniętym przed siebie, czekałem na mojego
przeciwnika. Nie miałem innego wyjścia, musiałem podjąć walkę. Chwilę później
wyłonił się z bramy miasta i wybiegł na otwartą przestrzeń. Wyglądał jak
drapieżnik podążający za swoją ofiarą. Zatrzymał się około 30 kroków przede mną
i spojrzał na mnie uważnie.
- Już nie
uciekasz? - zapytał, badawczo wpatrując się w moje oczy.
- Skończyły mi
się drogi ucieczki, a jako samuraj samobójstwa nie popełnię. Wolę zginąć z
mieczem w ręku podczas walki i na pewno nie powiem nic co chcesz wiedzieć. -
odparłem, patrząc na niego wyzywającym wzrokiem.
- Powiedziałeś
wszystko co mnie interesuje. Tylko tyle chciałem wiedzieć. Chciałem wiedzieć
czy jesteś godny nazywania samurajem, a także czy jesteś godny, abym to ja był
tym, który cię zabije.
- Hah. A skąd ty
niby możesz wiedzieć czego jestem godzien? - zapytałem, cały czas go
obserwując.
- Już sam fakt, że nie uciekasz, mimo że zdałeś
sobie sprawę z tego, że jestem od ciebie silniejszy działa na twoją korzyść. -
powiedział spokojnie, a ja wpatrując się w niego przełknąłem ślinę przez
zaschnięte gardło z nerwów, wtedy on mówił dalej. - Prawdziwy samuraj to ten,
który staje do walki bez względu na wszystko, walczy, aż do śmierci dzierżąc miecz
i jest gotowy oddać życie w imię swego Pana. Ty spełniasz te wszystkie warunki.
Dlatego walczmy! Nie zabiję cię jak zbrodniarza, a będę walczył z tobą w
pojedynku na śmierć i życie. Zgodnie z zasadami uczciwości, a także by zachować
nasz honor. Wyjaw mi swe imię. Chcę wiedzieć jak nazywa się człowiek, który
staje ze mną na równi. - rzekł pewnie, ton jego głosu był mocny i świadczył o
tym, że nie przyjmuje sprzeciwu. Zrozumiałem również, że to człowiek całkowicie
oddany swoim zasadom, zupełnie jak ja, więc nawet nie wahałem się, aby wyjawić
mu jak mnie zwą.
- Nazywam się
Ren Toru.
- Dobre imię dla
równie dobrego wojownika. Jam jest Kuki Yoshitaka.
Jeszcze raz
zmierzyliśmy się spojrzeniami, gdy nasze oczy się spotkały, zawiał wiatr,
między nami zawirował liść, powoli opadał. To był znak do rozpoczęcia. Z
chwilą, w której listek dotknął ziemi, Kuki szybko zniżył swój balans ciałek i
z przyśpieszeniem w trzech krokach znalazł się przede mną. Wziął zamach, ciął
nisko celując w moje nogi. Instynktownie odskoczyłem do tyłu i końcem ostrza
uderzyłem w jego miecz, aby zmienić jego kierunek. Jego cios miał niesamowitą
siłę, mimo że tylko nieznacznie zmienił swój tor, to osiągnąłem swój cel i w
ten sposób byłem w stanie całkowicie zablokować jego atak. Gdy tylko nasze
miecze się skrzyżowały, poczułem jak jego katana wręcz emanuje energią swojego
właściciela. Doszło do szybkiej wymiany ciosów, było słychać tylko ciche
szelesty wiatru i zderzenia ostrzy. Gdy podbiłem jego miecz, od razu ruszyłem
naprzód, celowałem w jego ramię, trafiłem, ale jego reakcja była niesamowicie
szybka przez co jedynie go drasnąłem. Kuki zacisnął dłonie na rękojeści tak
mocno, że knykcie mu pobielały. Zaczął napierać na mnie z całą swoją siłą,
przez co spychał mnie do tyłu. Mogłem się tylko bronić, ale najważniejsze, że
nie ranił mnie, dzięki temu nie traciłem, aż tak dużo energii. Jego cięcia były
mocne, szybkie i precyzyjne. Gdybym tyle nie ćwiczył, nigdy nie byłbym w stanie
ich skontrować. Po tym jak mnie zepchnął parę kroków wstecz, coraz bliżej
klifu, zauważyłem, że się odprężył. Musiał poczuć się pewniej przez to, że
zmusił mnie do defensywy, ale ja widząc to, wykorzystałem okazję i uderzyłem.
Dzięki temu zachwiał się, a ja mogłem wykonać jeszcze jeden atak. Udało mi się
zranić go w przedramię, z tego co zdążyłem zauważyć rana była dosyć głęboka.
Ponownie natarł na mnie z całą swoją siłą, sprawił, że znowu cofnąłem się o
półtora kroku i... I wtedy usłyszałem go. Usłyszałem ten głos, który mnie
wzywał. Nie wiedziałem skąd dochodzi, ale słyszałem go wyraźnie. Zamarłem w
bezruchu, nie wiedząc czy to jawa czy sen, a Kiku to zauważył, gdyż widać było,
że chce powstrzymać swoje cięcie, ale było za późno. Od ramienia, przez cały
brzuch, a kończąc na biodrze, moje ubranie zostało rozdarte, a skóra przecięta.
Popłynęła krew, ale z tego co czułem to było to płytkie cięcie, przeciął mi
tylko pierwszą warstwę skóry. Mój przeciwnik zatrzymał się z niepewnością
wpatrując się we mnie, najwyraźniej nie wiedział, co ma zrobić. Następne co
poczułem, to jak wnętrzności podchodzą mi do samego gardła, bo ziemia się pode
mną zarwała i już spadałem w dół wprost do rwącej rzeki, nie miałem szans na
przeżycie tego upadku. Kiku wyciągnął rękę w moim kierunku. Próbował mnie
złapać, uczciwy do samego końca, ale nie udało mu się. Zabrakło mu ułamka
sekundy. Wpatrywałem się w niego, a on we mnie dopóki widoku nie przesłoniła mi
ciemna toń wody z rzeki. Woda, tak, wpadłem do wody. Co za marny koniec, nie
wiedziałem, że przyjdzie mi umrzeć poprzez utonięcie... Jeszcze nie podziękowałem
mojemu Panu czy Wataru... Gdy już uleciała ze mnie ostatnia nadzieja, ponownie
usłyszałem jak ktoś mnie wzywa, następnie rozbłysk światła głęboko pod
powierzchnią wody i poczułem szarpnięcie. Udało mi się na chwilę wynurzyć,
zaczerpnąłem powietrze i wydałem z siebie jakiś dźwięk, ni to krzyk ni coś
wyraźnego, a po chwili znowu wciągnęło
mnie pod wodę. Tym razem usłyszałem krzyk, był wyraźniejszy niż ten
wcześniejszy głos, w oka mgnieniu poczułem jak coś chwyta mnie za ubranie i
ciągnie mnie. Nie wiedziałem co się dzieje, a w chwilę później poczułem jak to
coś wciąga mnie na brzeg. Usłyszałem kroki, wyplułem wodę, która dostała mi się
do ust, a następnie dobiegł do mnie kobiecy głos.
- Wszystko w
porządku? Co się stało? - zapytała z zaniepokojeniem w głosie.
Spoglądam w jej
kierunku, ale nie mam wystarczająco siły, by spojrzeć w górę, widzę tylko zarys
sylwetki w ciemności nocy i długie, brązowe włosy tak blisko mnie.
Wyciągam
rękę w ich stronę, by je chwycić, ale coraz bardziej opadają mi powieki.
- M-Miwa? - to
jedyne co mogłem z siebie wyrzucić, mój głos był słaby i ochrypły, zanim
całkowicie straciłem przytomność. Osnuła mnie ciemność, już nic nie słyszałem,
nic nie mówiłem, ani nic nie czułem. Czy to tak wygląda śmierć? Czy to Miwa
przyszła po mnie?
C. D. N~.