poniedziałek, 11 czerwca 2018

Rozdział Czwarty

4

„Ren Toru” – powtarzałam w myślach, przedstawił mi się! Można by uznać to za sukces, gdyby nie to, że najwidoczniej zrobił to pod wpływem chwili zaskoczenia spowodowanej atakiem kota. Gdy już się uspokoił, jego zachowanie było zupełnie inne. Ciągle łypał na mnie spode łba, zwłaszcza po podaniu kolacji, ponieważ najwyraźniej nie miał nigdy do czynienia z widelcem. W ogóle nie radził sobie z jego użyciem, a gdy zobaczył płytę indukcyjną, oparzył się, po czym zaczął coś wykrzykiwać w niezrozumiały sposób i wymachiwał mieczem na wszystkie strony. Lodówka też była dla niego niczym obcy z kosmosu, ją również chciał atakować. 


Cudem z Vivi udało nam się go powstrzymać i uspokoić. Od czasu, gdy się przedstawił, nie powiedział do nas już ani słowa. Vivian dała sobie spokój i poszła odpocząć do salonu. Zostaliśmy sami, a on patrzył na mnie groźnie, a jak do niego podchodziłam, to było tylko gorzej. Od razu przyjmował pozycję, która była na wpół defensywna, a na wpół ofensywna. Westchnęłam zrezygnowana, nie wiedząc, co mam robić. Przez jakiś czas patrzeliśmy na siebie w ciszy, wtedy mogłam na niego patrzeć do woli. Muszę przyznać, że jest nieziemsko przystojny. Przede wszystkim podobają mi się jego oczy, ciemnoniebieskie wciągające niczym głębia oceanu. Można by uznać, że jestem niegrzeczna, tak go lustrując od stóp do głów, ale on też bezczelnie się na mnie gapił i co ja poradzę, że jest tak przystojny, że wzroku nie można od niego oderwać? Cisza się przedłużała, co zrobiło się wręcz nieznośne, więc zapytałam.
- Nie chcesz się wykąpać? – przyglądałam się jego twarzy i jedyną oznaką tego, że mnie zrozumiał była brew, która się uniosła do góry. – No to przynajmniej pozwól mi zmienić twoje bandaże. – dodałam, wzdychając, na co on zmarszczył brwi, a w jego oczach malowała się niechęć. – Tak to my nie pogadamy! -  powiedziałam głośno zdenerwowana i znów spotkałam się z cichym milczeniem.
Gdy już miałam wyjść, do kuchni wszedł Neko, głośno miaucząc. 

Nastąpił przełom, z gardła Rena wydobył się krótki pomruk, a on sam znalazł się na drugim końcu pomieszczenia, jak najdalej od kota. Pamiętając poprzednią reakcję mężczyzny, szybko wzięłam futrzaka na ręce, z lodówki wyjęłam mleko, ze zlewu czystą miseczkę. Ren cały czas przechodził z jednego kąta w drugi, byle by tylko uniknąć kontaktu z kotem.
- Vivi! – zawołałam krótko i z salonu przyszła moja przyjaciółka. – Weź go na górę do mojego pokoju. Pamiętasz, co się działo, a ja tu próbuję z nim rozmawiać. Chociaż ciężko nazwać rozmową ciągłe gapienie się na siebie.
 Vivian uśmiechnęła się pokrzepiająco i powiedziała. – Powodzenia. Jakoś do niego przemówisz. Jesteś najlepsza w rozumieniu innych ludzi. – poklepała mnie po ramieniu i poszła zamknąć swojego kota w moim pokoju.
Patrzyłam, jak odchodzi, a po chwili przypomniałam sobie, jak dobrze nieznajomy zareagował na psa. Jego zachowanie było zupełnie inne, mojego pupila wcześniej głaskał, a na jego twarzy można było dostrzec cień uśmiechu. W tym momencie to ja się uśmiechałam jak głupia, bo wpadłam na pomysł jak dotrzeć do nieznajomego.
- Rolf! – zawołałam radośnie, a Ren od razu wzmógł czujność. Lecz gdy tylko pies wkroczył do kuchni, rozluźnił się, a przez jego twarz przeszła oznaka ulgi. Ja zaś planowałam dalsze działania, czyli kąpiel i zmiana bandaży. – Rolf, zabierz go do łazienki.
Pies zaszczekał, podszedł do mężczyzny i ciągnąc go za rękaw, prowadził go do łazienki. Ren szedł za nim posłusznie, a ja nie ruszałam się z miejsca, żeby go nie spłoszyć. Woda w wannie była przygotowana, więc chłopak, wiedząc, że się nie poddam, umył się posłusznie. Później pozwolił mi zmienić swoje bandaże, choć starał się odsunąć ode mnie najdalej, jak tylko było to możliwe i musiałam uważać, żeby go nie dotykać go za dużo. W dalszym ciągu również łypał na mnie groźnie. Spojrzałam na zegar, było już grubo po północy, a Vivi smacznie spała w moim pokoju. Westchnęłam cicho i powiedziałam.
- Czas spać. Chodź za mną.
Zero odpowiedzi, ale posłusznie szedł za mną, a u mojej nogi dreptał Rolf. Wspinając się po schodach, zastanawiałam się czy jeszcze będzie mi dane usłyszeć jego głęboki głos, który nadal odbija się echem w mojej głowie. Zerknęłam na niego, a na jego twarzy ujrzałam zmęczenie, niepewność i cień strachu. W sumie to nie takie dziwne skoro jest sam, w zupełnie obcym miejscu i pewnie nawet nie wie jak wrócić do domu. Serce ścisnęło mi się ze współczucia, ale nie odważyłam się go dotknąć, bałam się jego reakcji. Na końcu korytarza otworzyłam drzwi do pokoju gościnnego i wpuściłam go do środka.
- Tu możesz spać. Na dole w kuchni możesz korzystać ze wszystkiego, jak chcesz, napoje są w lodówce. Toaletę masz naprzeciwko. Wszystko pokazałam ci wcześniej. Rolf zostanie z Tobą. Dobranoc.
Powiedziałam, Ren patrzył na mnie, po czym kiwnął głową i zgiął się w głębokim ukłonie. Uśmiechnęłam się i pomachałam mu, zamykając drzwi, dostrzegłam jeszcze, że siada na łóżku obok leżącego na nim psa. Oparłam się o zamknięte drzwi i wspominałam wydarzenia z całego dnia, był to intensywny dzień, a zarazem niezwykły, tajemniczy oraz męczący. Nie wiedząc, co przyniesie jutro, wzięłam szybki prysznic i poszłam spać. Zasnęłam niezwykle szybko, a w snach nie opuszczał mnie tajemniczy samuraj Ren Toru i jego miły dla ucha głos.
Obudziłam się o 8 rano, gdy po twarzy przemykały mi promienie słońca. Przeciągnęłam się i wspominałam moje senne marzenia. Sama zdziwiłam się, że mężczyzna, aż tak mnie zainteresował. Jeszcze nigdy mnie to nie spotkało i nie uważałam, żeby było mi to jakoś szczególnie potrzebne. Lecz Ren miał w sobie coś, przez co nie mogłam przestać o nim myśleć i w sumie mimo trudnych początków sprawiało mi to przyjemność. Z zamyślenia wyrwało mnie chrapnięcie Vivi, która okupowała moje łóżko i zabiłaby mnie, gdybym wypomniała jej chrapanie. Postanowiłam zrobić śniadanie, a następnie sprawdzić jak ma się mój gość. Przygotowałam kanapki, jako że były najprostsze i najszybsze do zrobienia. Gdy wchodziłam po schodach, zobaczyłam, że drzwi do pokoju gościnnego są otwarte. Targana złym przeczuciem wbiegłam na górę, przeskakując niektóre schody. Wpadłam do środka, ale jego tam nie było. Łóżko dalej było zaścielone i nie wyglądało, jakby ktoś tam spał. Po moim pupilu też nie było ani śladu. Szybko zbiegłam po schodach i chwyciłam kluczyki do samochodu przyjaciółki. Nie powinna się obrazić, zwłaszcza że budząc ją, zmarnowałabym tylko cenny czas, ponieważ ma kamienny sen. W pośpiechu chwyciłam również kanapki, bo jak to moja mama miała w zwyczaju mówić „Na głodnego nic nie wymyślisz. Najpierw trzeba się najeść i dopiero rozmawiać ze sobą”. Wsiadłam do samochodu i udałam się na poszukiwania. Do głowy przychodziło mi tylko jedno miejsce, w którym mógłby być i to tam postanowiłam udać się najpierw. Po 15 minutach byłam na miejscu. Wysiadłam z samochodu i zobaczyłam go. Odetchnęłam z ulgą, że udało mi się go znaleźć bez problemu. 

Siedział nad brzegiem rzeki i spoglądał na zachód słońca. Wyglądał, jakby chciał sobie coś przypomnieć, zrozumieć, a jego oczy patrzyły poza horyzont. W pewnej odległości siedział Rolf i uważnie obserwował samuraja. Podeszłam do niego i głaskając go po głowie, powiedziałam.
- Dziękuję, Rolf. Pilnowałeś go, prawda? Dobry pies.
Z niepokojem kroczyłam w kierunku samotnej sylwetki, nie wiedząc co powiedzieć. Serce podskakiwało mi z każdym spojrzeniem na jego piękną twarz, ale to nie tylko twarz mnie w nim fascynuje, cały był piękny, wręcz nieziemski, a jego męski głos już w ogóle był niesamowity. Przez to podziwianie, zapomniałam się i o mało na niego nie wpadłam.
- Przepraszam. Zapatrzyłam się. – powiedziałam szybko zawstydzona.
- Uważaj, jak chodzisz, dziwna kobieto. – odparł, nie patrząc na mnie.
Zaskoczona tym, że coś powiedział, zaniemówiłam, ale w mojej głowie rozpoczęła się burza „Dziwna kobieto? O co mu chodzi?”. Wcześniej zapalczywie milczał, a tu nagle się odzywa i to w taki sposób. Wpatrywałam się w niego osłupiała. Nie rozumiem jego zachowania, stroju, który jest jakby z innej epoki, już wszystkiego nie rozumiem. Nie wiedząc, co robić osunęłam się na ziemię obok niego i milczałam. Z każdą sekundą chce wiedzieć o nim więcej, jednak nie mam jak go zapytać. Muszę przyznać, że jestem nim zafascynowana, ale on jest taki skryty, unika mnie. Zachowuje się tak, jakby w każdej chwili mógł i chciał uciec, ale nie wie jak. Nie wiem jak go przed tym powstrzymać, skoro widać, że bardzo tego pragnie, że pragnie znaleźć się w zupełnie innym miejscu. Powoli głowa mi pękała od tego myślenia, więc wyciągnęłam kanapki i jedną podałam mu, a on spoglądał na mnie podejrzliwie.
- Musisz jeść. Nie wiem, skąd jesteś i kim jesteś. Nie wiem, dokąd czy do kogo próbujesz wrócić, ale jak już cię przygarnęłam, to ci pomogę. – on milczał, patrząc na mnie bez zmiany wyrazu twarzy. – Nie możesz mi zaufać? Zrobiłam ci coś złego? Nic! Staram się tylko pomóc. – Ren tylko spuścił głowę, unikając mojego spojrzenia.
- Nie, nikomu nie zaufam. – rzekł cicho po chwili.
- Czemu? – z moich ust wydobyło się pytanie, jeszcze zanim zdążyłam pomyśleć.
- Ludziom nie można ufać. Każdy ma jakieś ukryte intencje. Nikt nie pomaga bezinteresownie. – powiedział, twardo podkreślając każde słowo.
- Nie wszyscy ludzi są tacy sami! – powiedziałam wzburzona. – Nie wiem, kogo do tej pory spotkałeś, że tak myślisz, ale nie oceniaj mnie, skoro mnie nie znasz! Ja chcę po prostu pomóc, zwłaszcza że widzę, jak cierpisz i jesteś samotny!
Drgnął, ale nic nie powiedział. Twardo milczał i nawet nie raczył na mnie spojrzeć. Byłam zdenerwowana, poruszona, a zarazem rozbita. Nie wiedziałam jak mam go do siebie przekonać, już miałam zrezygnować, ale usłyszałam szczeknięcie Rolfa. Spojrzałam na niego i wiedziałam, że nie pozwoli mi się poddać.
- Lubisz Rolfa, prawda? – zapytałam, a on ponownie drgnął i tylko skinął głową twierdząco. Uśmiechnęłam się, widząc zwiększające się szanse. – Ufasz mu? – odpowiedziało mi kolejne skinięcie.
- To zaufaj mu w sprawie osądu ludzi. Jestem jego właścicielką, ufa mi i właśnie w tym momencie pilnuje, żebym się nie poddała, żebym nie rezygnowała, bo wie, że ja nigdy się nie poddaję i zawsze walczę do końca. I czy tego chcesz, czy nie będę tu siedzieć i czekać, aż zaufasz mi na tyle, że dasz sobie pomóc! – skończyłam, akcentując ostatnie słowo i z dużą pewnością siebie wgryzłam się w kanapkę. W końcu muszę mieć siłę, żeby sprostać zadaniu. Ren dalej milczał, ale jego ręce ruszyły się, unosząc jedzenie do ust. Udało się! Zrobiłam, znaczy się, my zrobiliśmy postępy. Gdy zjedliśmy, rzuciłam krótko.
- Już późno, wracajmy, bo Vivian będzie się martwić.
Wstałam i chłopak również, ruszyliśmy w drogę powrotną, a Rolf, widząc to, zaszczekał głośno, nieprzerwanie machając ogonem.
C.D.N~.

środa, 15 marca 2017

Rozdział Trzeci

3.

Serce wali mi jak młotem ze zdenerwowania. Chwila zawahania, nie mogę zrozumieć, co się właśnie wydarzyło, ale już parę sekund później instynktownie biegnę w stronę nieznajomego. Moje nogi są niepewne, jakby zdrętwiałe z nadmiaru emocji, nie zauważając przeszkody na mojej drodze, potykam się niezdarnie, ale na szczęście udaje mi się jakimś cudem zachować równowagę i staję obok niego. Z niedowierzaniem przyglądam się tajemniczemu mężczyźnie. Był młody i przystojny. Ba! Nieziemsko przystojny. Ma na sobie kimono, obok leży miecz, a po brzuchu cieknie szkarłatna krew nieco rozmyta przez wodę. Jego niesforne włosy są szare. Nagle słyszę szczekanie Rolfa i wybudzam się z zamyślenia. Pochylam się nad nieznajomym, a widząc, że się poruszył i wypluł wodę, która dostała mu się do ust, pytam przejęta.
- Wszystko w porządku? Co się stało?
Nieznacznie podnosi głowę i patrzy w moją stronę. Nie mogę dostrzec jego oczu. Nagle wyciąga rękę w moją stronę, a następnie ledwo słyszanym głosem wypowiada jedno słowo.
-M-Miwa?
To pytanie rozbrzmiewa w moich uszach, gdy mężczyzna nagle opada na ziemię. Przyglądam mu się uważnie i zauważam, że stracił przytomność. Wpadam w lekką panikę, mam masę myśli, ale najlepsze co mi przychodzi do głowy to telefon do przyjaciółki. Mimo drżących rąk szybkim ruchem wybieram numer i czekam na połączenie. Jeden sygnał i Vivi obiera.
- No hej Liv. Co jest?- z wielką radością powitała mnie.
- Coś się wydarzyło… Ja… on… i… znikąd… - starałam się ogarnąć myśli i zmienić je w sensowne słowa, ale nie bardzo mi to wychodzi, jestem za bardzo zestresowana.
- Co jest? Co się stało? Nie rozumiem cię! – odpowiedziała nieco zaniepokojona dziewczyna. Wytarłam nos grzbietem dłoni. Cała się trzęsłam. Wzięłam głęboki oddech, żeby choć trochę się opanować, po czym podjęłam ponowną próbę rozmowy.
-Pojawił się znikąd.
-Kto?
-On… Ja… byłam na spacerze z Rolfem, a on… się topił. Topił się! – powiedziałam łamiącym się głosem. - Matko jak ja mam mu pomóc! Vivi boję się.
- Czekaj, czekaj nadal nie do końca rozumiem o czym ty mówisz.
- Nie mam czasu na tłumaczenie. Chcę go tylko uratować! Muszę coś zrobić!
- Dobrze, wyjaśnisz mi później. Uspokój się, weź głęboki oddech. Pamiętasz jak się robi pierwszą pomoc? – zapytała opanowanym tonem. Pierwsza pomoc! Oczywiście, że pamiętam, w czasie całej mojej edukacji każdy nauczyciel nam o tym mówił.
- Tak, wiem. Już się za to biorę. Dzięki, Vivi.
Odłożyłam telefon na bok, sprawnie związałam włosy w koński ogon, żeby mi nie przeszkadzały i powoli się nachyliłam nad nim, żeby sprawdzić czy oddycha. Jego klatka piersiowa unosiła się nieregularnie w urywanym oddechu. Gdy miałam przejść do dalszej części pierwszej pomocy, nieznajomy nagle się ocknął, patrzyliśmy przez chwilę na siebie badawczo. Zamrugał kilka razy, a kilka sekund później odwrócił głowę i zaczął kaszleć, dzięki temu pozbył się resztek wody, którą miał w ustach. Nie myśląc zbyt długo, złapałam go za ramię, nie za mocno, ale pewnie i zapytałam.
- Wszystko z Panem w porządku? Chce Pan pójść do szpitala? Rozumiesz co mówię?
Odwrócił się w moją stronę, spojrzał mi głęboko w oczy. Jego spojrzenie było chłodne przez co przeszły mnie dreszcze i na całym ciele pokazała mi się gęsia skórka. Złapał za miecz, umieścił go za pasem i wstał. Rozejrzał się wokoło, a następnie poszedł z powrotem do wody. Szybkim krokiem, już stałam pewniej na nogach, pobiegłam za nim. Gdy go złapałam zaczęłam krzyczeć zdenerwowana.
- Oszalałeś?! O mało co nie zginąłeś! Szybko wyjdź z tej wody!
Spojrzał na mnie groźnie, milczał przez cały czas i dalej wchodził coraz głębiej do wody, równocześnie ciągnąc mnie za sobą. Rozkojarzona, nie wiedząc co robić, zawołałam krótko.
-Rolf!
Pies szybko wskoczył do wody i złapał nieznajomego za kimono. Szarpaliśmy się w ten sposób przez chwilę, która wydawała się wiecznością, a nieznajomy krzyczał coś, aż nagle złapała nas fala. Przez chwilę nie wiedziałam co się dzieje, wypuściłam z rąk ramię mężczyzny i szybko wydostałam się z głębszej wody do miejsca gdzie miałam podłoże, na którym mogłam stanąć. Rozejrzałam się, a nie widząc nikogo wokoło, skamieniałam ze strachu i bezradności. Po chwili zauważyłam jak mój dzielny pies ciągnie ciało mężczyzny w stronę brzegu, szybko zbliżyłam się do niego by pomóc wydostać mu się z wody. Położyłam go delikatnie na ziemi, na tyle na ile mogłam to zrobić przy jego niemałej wadze, a przy mojej niedużej sile i sprawdziłam czy oddycha. Na szczęście wszystko było w porządku, jedynie spał. Musi być wykończony, a i tak robi szalone rzeczy. To jakiś wariat! I do tego przebieraniec. Westchnęłam, usiadłam obok niego i złapałam za telefon. Ponownie zadzwoniłam do Vivi, żeby jak najszybciej przyjechała na plażę. Kiedy zauważyłam auto mojej najlepszej przyjaciółki zaczęłam energicznie machać w jej kierunku .
- Liv! Co tu się dzieje do jasnej anielki?! – zawsze była opanowana lub przynajmniej sprawiała wrażenie opanowanej, ale tym razem było słychać panikę w jej głosie. W sumie to nie ma co się jej dziwić, ja również byłam zestresowana cała tą sytuacją.
- Nie pora na tłumaczenie. Szybko musimy zawieść go do mieszkania inaczej się przeziębi. Tam wszystko na spokojnie Ci wytłumaczę. – odparłam i wstałam na równe nogi. Już nie drżałam jak przedtem, byłam nieco spokojniejsza.
Powoli, wspólnie udało nam się posadzić nieznajomego na fotelu i zapiąć mu pasy. Wsiadłyśmy do auta i już chwilę później jechałyśmy w stronę mojego mieszkania. Cała droga minęła nam w ciszy. Bardzo się ucieszyłam, że Vivi nie zasypała mnie stertą pytań, nie miałam do tego głowy. Nie dziwię się, że jest moją najlepszą przyjaciółką, gdy tak dobrze wyczuwa mój nastrój. Przy niej mogę się odprężyć, bo ona praktycznie rozumie mnie bez słów. Choć czasem nie szanuje mojego zdania, ale robi to z miłości do mnie, więc nie mogę się na nią gniewać. Kiedy byłyśmy już na miejscu, odpięłam pasy chłopaka i powoli próbowałam wyciągnąć go z samochodu, a Vivi otworzyła drzwi. Następnie pomogła mi zanieść go na kanapę w salonie. Przez chwilę gapiłyśmy się na siebie, aż Vivi powiedziała.
- Widzę, że sama nie bardzo ogarniasz tego, co tu się dzieje, ale musimy coś z tym zrobić, najlepiej zadzwonić na policję.
- Nie, nie możemy. – sama nie mogłam uwierzyć, w to co powiedziałam. - Znaczy się, nie znamy powodu, dlaczego się tam znalazł, najpierw poczekamy, aż się obudzi i wytłumaczy nam co nieco, wtedy najwyżej zadzwonimy po policję.
- Dobra, masz rację- powiedziała cicho Vivi. - Jednak musimy go przebrać, bo strasznie śmierdzi oraz jest mokry. – dodała.
W sumie miała rację, najlepiej to on nie wyglądał, był cały mokry i śmierdział morzem. Gdy tak mu się przyglądałam, przypomniało mi się co wcześniej zobaczyłam.
- I jeszcze trzeba go opatrzeć! Widziałam wcześniej krew, chociaż chyba już ją woda zmyła.
- Vivi w piwnicy jest szafa, w której są stare ciuchy po moich braciach, więc przynieś coś , musimy go przebrać, a apteczka jest w łazience na szafce z kosmetykami. Ja za ten czas przygotuję ciepłą wodę i trochę go umyję.
Kiedy byłyśmy już gotowe, powoli zaczęłam rozwiązywać mu pas, kiedy szata opadła, naszym oczom ukazało się jego pięknie umięśnione ciało, wtedy Vivi gwizdnęła, choć ja wzdrygnęłam się na widok rany ciągnącej się od ramienia po same biodro.
- No, no ciało to ma seksowne. Brałabym go! Niezłe ciacho znalazłaś. A rana nie jest taka zła na jaką wygląda. – powiedziała swoim konspiracyjnym głosem i uśmiechnęła się do mnie.
-Masz rację, chyba wystarczy ją przemyć i obandażować, żeby ją zabezpieczyć.-odparłam.
Przez jej pierwsze słowa zarumieniłam się. Choć bez bicia, musiałam przyznać, że jak zawsze ma rację w takich sprawach, był nieziemsko przystojny. Jednak szybko się otrząsnęłam i zaczęłam działać. Zanurzyłam ściereczkę w wodzie i powoli przyłożyłam ją do jego ciała, najpierw zaczęłam od rąk. Kiedy zmierzałam powoli w stronę jego klatki piersiowej, poruszył się i coś niewyraźnie powiedział, ale nie otworzył oczu. Kiedy skończyłam go myć, razem z przyjaciółką zabandażowałyśmy jego ranę, a następnie przebierałyśmy go razem. Po czym poszłyśmy do kuchni przygotować jakąś kolację. Dopiero jak wszystkie emocje opadły poczułam jaka jestem głodna.  
- Jak myślisz co robił ten facet w wodzie? Może chciał się zabić?- z niepokojem powiedziała Vivi.
- Proszę nie mów tak, może po prostu uczył się pływać. – starałam się, przekonać samą siebie do tej wersji.
- Jasne… to po jaką cholerę brał ze sobą miecz i dlaczego był tak ubrany? Dziwny koleś.
- Hm… masz rację. I jeszcze do tego dochodzi ta rana.
- No widzisz! Dlatego mówię ci, że coś tu nie gra.
Znowu dzisiejszego dnia musiałam przyznać jej rację, to nie było normalne. Jednak jak się obudzi wszystkiego się dowiemy, przynajmniej mam taką nadzieję. Wszystko do kolacji było już gotowe, powoli skierowałam się w stronę salonu, wtedy zobaczyłam go. Stał z mieczem w jednej ręce, a drugą głaskał Rolfa. Nie, żebym uważała, że mój pies jest jakoś szczególnie groźny, jednak zawsze był bardzo ostrożny, jeśli chodziło o obce dla niego osoby, a z nim bez problemu się zaprzyjaźnił. Chwilę stałam i obserwowałam ich. W tym momencie się odwrócił i nasze spojrzenia się spotkały, więc przerwałam milczenie.
- Hej, pewnie jesteś głodny? Właśnie przygotowałam kolację, masz ochotę coś zjeść?- zapytałam niepewnie, ale na szczęście głos mi się nie załamał.
Odpowiedziała mi głucha cisza…
- Chyba, że wolisz wziąć kąpiel, napić się czegoś albo iść dalej spać…?
Ponownie mi nie odpowiedział, dalej patrzył na mnie, jeszcze przez chwilę przeszywaliśmy się nawzajem wzrokiem, aż tu nagle przeleciało mi coś przed oczami. Jedyne co zdążyłam zauważyć to jakiś dziwny i niezwykle szybki obiekt. Następne co dostrzegłam to biegnąca Vivi, która krzyczała:
- Stój, ty mały chuliganie…!!
Kiedy już nastała chwila spokoju, zauważyłam, że na głowie naszego gościa siedzi kot Vivi. Czarny kot, który nie grzeszył kilogramami. Na ten widok uśmiechnęłam się, aż tu nagle było słychać głośne i desperackie krzyki. Nieznajomy zaczął się wyginać w różnych kierunkach, aż nagle upadł na ziemię i wołał o pomoc.
- Zabierzcie tego futrzaka ode mnie! ZABIERZCIE!!!!
Stałyśmy jak zaczarowane, ale Vivi miała szybszą reakcję i zabrała szybko kota na ręce. 

Spojrzałyśmy na siebie, trochę niedowierzając w to co zobaczyłyśmy i po chwili wybuchłyśmy głośnym śmiechem. Dzięki temu nieoczekiwanemu zwrotowi akcji nabrałam więcej odwagi, aby podejść do nieznajomego, wysunęłam rękę w jego kierunku i się przywitałam.
-Miło mi Cię poznać. Nazywam się Olivia Rossi, a obok mnie stoi Vivian Armstrong, na jej rękach znajduje się Neko, którego już zdążyłeś bliżej poznać. A ty jesteś…?
W jego oczach było widać wahanie, jednak po chwili, dosyć cicho i z lekkim rumieńcem zawstydzenia, odpowiedział.
- Nazywam się Ren, Ren Toru.
Jego głos był przyjemny dla uszu, uścisnął mi dłoń, a ja się uśmiechnęłam szeroko, bo w końcu poznałam imię przystojnego nieznajomego.

C. D. N~.

sobota, 11 lutego 2017

Dzień dobry!

OHAYO!

Witam, witam! Trochę minęło! Serio dawno Nas nie było tutaj... Mam nadzieję, że jeszcze znajdą się tu jacyś czytelnicy. Post ten jest informacją! A jaką? A taką, że ja i moja przyjaciółka/partnerka NaWa podbijamy fb! Właśnie wystartowała nasza strona, którą znaleźć można pod adresem: https://www.facebook.com/Kuro-Lady-NaWa-102008036988215/
Wpadajcie! Piszcie! Likujcie! Róbcie co chcecie! 
My zaś przepraszamy, że tak dawno nic nie zamieszczałyśmy tutaj, ale jak tylko skończy się sesja, postaramy się coś naskrobać, więc mamy nadzieję, że jeszcze jest tu ktoś, kto z niecierpliwością wyczekuje nowego rozdziału. To wszystko!
Dziękuję i pozdrawiam, Kuro Lady & NaWa~.

niedziela, 24 lipca 2016

Rozdział Drugi

                                                                              2.                                                    

W naszym mieście, Shibusen, pojawił się nowy, młody samuraj, który stał się kolejnym pupilkiem władcy. Od dawna nie pojawił się nikt spoza rodów, które obecnie służyły naszemu Panu, więc tenże chłopak szybko stał się obiektem wszechobecnych plotek i szeptów wśród mieszkańców. Wiele pogłosek mówi, że jego poprzedni mistrz bił go drewnianym kijem w dzień i w nocy po to, aby stał się lepszym  szermierzem, a także by znał ból oraz nie bał się go, gdy musiał go doznać w imię swojego Pana. Raz opanowana sztuka przez samuraja, nigdy go nie opuszcza, zostaje z nim do samego końca. Samuraj pozostanie samurajem, aż do ostatniej sekundy swego życia. Trenował codziennie i podróżował po świecie, w poszukiwaniu coraz to lepszych nauczycieli. I w taki o to sposób przygarnął go nasz władca. Lecz nikt nie pozna jego umiejętności, dopóki nie stanie z nim twarzą w twarz, w pojedynku. Nazywam się Ren Toru i właśnie takie pogłoski  krążą o mnie w tym mieście. Jednak ludzie nie znają prawdy. Tak naprawdę miałem surowego, ale i zarazem kochającego ojca, który uczynił ze mnie najlepszego samuraja. Srogie i bardzo wymagające treningi, do których przykładałem się z całych swoich sił i poświęciłem im większość mojego życia, częste podróże służące nabieraniu doświadczenia oraz poznawaniu różnych typów ludzi, przyczyniły się do tego, że zostałem samurajem, z czego jestem bardzo dumny. Jednak nie tylko to miało tak duży  wpływ na to, kim się stałem… Miałem młodszą siostrę imieniem Miwa, która była delikatna i bardzo inteligentna jak na swój wiek, a ja jako jej starszy brat miałem ją chronić i starałem się, ale zawiodłem... Została zabita przez bandę nieposkromionych bandytów, na moich oczach złapali ją i zamordowali… Przeżyłem tylko dlatego, że nasz ojciec przybył nam na pomoc, lecz o chwilę za późno. Nie winię go za to, bo to była moja wina, a Miwa nie zasłużyła na taki los. Zawiodłem jako starszy brat, a zarazem byłem tak wściekły, chciałem zemsty! Przez to miałem więcej motywacji do treningów, do których już wcześniej bardzo się przykładałem. Chciałem się zemścić, więc zrobiłem to, gdy tylko zyskałem na sile, pomściłem moją siostrę. Teraz służę mojemu Panu, Masaomiemu Hattori, ale także gdy tylko mam okazję pozbywam się bandytów, złodziei i innych członków półświatka, aby już nikt nigdy nie musiał doświadczyć tego samego cierpienia oraz bólu co ja.
-Yo! Ren! Co jest? Cały czas gapisz się w niebo odkąd się rozdzieliliśmy?
Kiedy zwróciłem wzrok w kierunku, z którego doszło wołanie, zobaczyłem  Wataru Ichiro. Ten człowiek zawsze jest uśmiechnięty i radosny, nigdy nie widziałem go wściekłego bądź smutnego. Jest niepoprawnym optymistą, a  jego motto brzmi „ Myśl pozytywnie, a każdy dzień będzie wspaniały”. Jest moim najlepszym przyjacielem jak i również największym rywalem. Zawsze prowadzimy wyrównane pojedynki. Najprawdopodobniej jest jedynym samurajem w tym mieście, dorównującym moim zdolnościom. Patrzyłem jak powoli zbliża się w moją stronę, aż w końcu odpowiedziałem.
- Witaj, właśnie idę do naszego Pana. – jak zawsze moje odpowiedzi są krótkie i na temat. Nie lubię rozwodzić się nad nieistotnymi kwestiami.
- Cieszy mnie to bardzo, bo ja też! Słyszałeś nowe wieści? - spojrzał na mnie, a gdy zobaczył moje przeczące kręcenie głową, mówił dalej. - Niby ma dojść do kolejnej wojny z naszymi sąsiadami. Znowu doszło do kłótni między władcami, oczywiście o handel ludźmi. Nasi obywatele są w tajemniczy sposób porywani i wywożeni poza granice naszego regionu, a tam stają się niewolnikami. Takie rzeczy to nic nowego, ale nasz Pan chce iść ku lepszej przyszłości, a nasi sąsiedzi zobowiązali się do tego, że nie będą wkraczać na nasze terytorium w celu zdobywania ludzi do handlu, ale nie wywiązują się z umowy i wręcz ataki stały się częstsze. Oczywiście oni się wypierają wszystkich zarzutów i nasz Pan traci już swoją cierpliwość.
- Tak, doszły do mnie pewne pogłoski, ale nie byłem pewny czy są prawdziwe. – Nie obchodzi mnie to zbytnio, ale mam obawy odnośnie, tego że moja rodzina może zostać skrzywdzona lub w jakiś sposób uwikłana w tą sprawę, więc muszę się dowiedzieć czegoś więcej, a z resztą będę podążać za rozkazami mego władcy, który jest dla mnie prawem. On na pewno poczyni odpowiednie kroki, by temu zapobiec. Mój Pan jest wspaniałym samurajem, a zarazem dobrym politykiem, jak również dba o zwykłych ludzi w przeciwieństwie do innych władców, dlatego to właśnie jemu służę.
- Są prawdziwe, więc musimy przygotować się na mega zły humor naszego Pana i na ciężką harówkę. - powiedział Wataru, przy czym uśmiechnął się kpiąco.
- Przecież ty nigdy ciężko nie pracujesz! Ja wszystko za ciebie muszę robić. - rzekłem z przekąsem.
- No weź, Ren! To nieprawda! Staram się! Nie moja wina, że ja i ciężka robota się nie lubimy. - odpowiedział szybko, po czym zaśmiał się i szliśmy dalej, przekomarzając się. Lubiłem z nim spędzać czas, jest dobrym gościem i dzięki niemu mogę zapomnieć o wszelkich problemach czy troskach. Zawsze wie co powiedzieć, żeby mnie rozśmieszyć i podnieść na duchu, ale gdy stanie się poważny, to jest w stanie zrobić wszystko. Jest dla mnie jak brat, pogodny, a zarazem silny i oddany przyjaciołom. Mijaliśmy wielu ludzi, a oni skłaniali swe głowy, w ten sposób okazywali szacunek naszemu Panu i nam, samurajom, którzy ich chronią. Im bardziej zbliżaliśmy się do domu władcy, tym więcej widzieliśmy poważnych, ponurych twarzy członków rodów, które służyły Masaomiemu Hattori. Przestaliśmy żartować, spoważnieliśmy i przyśpieszyliśmy kroku, by szybciej dotrzeć na miejsce. Widok tych wszystkich osobistości wskazywał na zwołanie narady przez naszego Pana, co również potwierdzało słowa Wataru o zbliżającej się wojnie. Gdy weszliśmy do sali, która już była w połowie wypełniona, na tle głównej ściany pomieszczenia z wymalowanym na niej drzewem genealogicznym Masaomiego Hattori, siedział właśnie on, we własnej osobie. Wysoki, barczysty mężczyzna z blizną na twarzy, a jego bujne włosy, których nigdy nie udało mu się ułożyć, niegdyś kruczoczarne, obecnie były poznaczone białymi wstęgami włosów, które już utraciły swoją barwę. Mimo licznych zmarszczek i innych oznak starości, jego postawa nadal napawała wrogów strachem, a przyjaciół szacunkiem. Obecnie siedząc przed zbierającymi się samurajami, nie poruszył się choćby na centymetr ani nie zmienił wyrazu twarzy. Jedynie jego oczy co jakiś czas prześlizgiwały się po zebranych, aby ocenić czy już wszyscy dotarli. Mimo, że jego twarz była obojętna, to z całego jego ciała dało się wyczuć napięcie oraz wzrastający po trochu gniew. Członkowie narady niecierpliwie oczekiwali na przybycie brakujących osób, które najwyraźniej nie znając powagi sytuacji, nie śpieszyły się z przybyciem. Każdy kolejny człowiek, który wchodził do sali, natychmiast milknął po wyczuciu napięcia, które było niemalże namacalne. Gdy ostatecznie wszyscy dotarli nasz pan bez żadnego wstępu przemówił.
- Nadchodzi wojna z Tsubagakure! - mimo, że nie krzyknął, to wszyscy go usłyszeli, nie musiał podnosić głosu, aby zrobić na innych wrażenie, wystarczyło, by przemówił, a ludzie od razu cichli i oczekiwali na dalszą część jego wypowiedzi. - Nasi sąsiedzi nie są w stanie dostosować się do moich wymagań, do umowy, którą wcześniej zaprzysięgli wdrążyć. Nie jestem w stanie już dłużej tolerować ich bezprawnych działań, których z resztą z dużą pewnością siebie, się wypierają. Uważają, że mogą sobie tak poczynać, bo mają bodajże więcej zbrojnych od nas i nasi obywatele są mniej warci. Lecz my nie poddamy się bez walki i zamierzam im pokazać, gdzie jest ich miejsce. Ich postępowanie kłóci się z moim kodeksem moralnym, a także prowadzi do krzywdzenia moich poddanych, a ja nie zamierzam tego tak zostawić. Pokażę im, że z nami się nie zadziera! Powinni respektować moje prośby, które do nich wysunąłem, gdyż liczyłem na sąsiedzką współpracę. Nie zrobili tego, więc to oznacza wojnę! Idę walczyć, walczyć o honor mój, wasz i naszych obywateli, a także o wspólne dobro i bezpieczeństwo. Czy podążycie za mną, aż do samego końca? - skończył przemowę, rozejrzał się i zamknął oczy oczekując reakcji. Zebrani z zapartym tchem wpatrywali się w swego Pana, analizując jego słowa, a po chwili dało się słyszeć ogłuszający krzyk, oznaczający aprobatę na tą deklarację. Przemowy władcy zawsze kończyły się w ten sposób, bo poruszały serca zebranych i były w stanie zmotywować ich do wszelkiego działania. Wszyscy wyciągnęli swe miecze i oddali hołd Panu. Ten otworzył oczy i po raz pierwszy tego dnia na jego ustach zagościł uśmiech, który był podziękowaniem za takie oddanie i wierność.
- Dziękuję Wam, więc proszę, żebyście zaczęli przygotowania do wojny. Gromadźcie broń, ludzi, jak najwięcej sprzymierzeńców i nie siejcie paniki wśród ludu. Strategię i dalsze działania omówimy na następnym spotkaniu, które odbędzie się za 10 dni. Niech odwaga i siła będzie z wami! - zakończył, a gdy wszyscy poderwali się, aby ruszyć do przygotowań, zawołał - Ren! Wataru! Wy zostajecie! Muszę z wami porozmawiać.
Nie wiedzieliśmy o co chodzi, ale posłusznie zostaliśmy na miejscach, w ciszy oczekując, aż ostatnia osoba opuści pomieszczenie. Gdy do tego doszło, ruchem ręki zostaliśmy przywołani bliżej naszego Pana. Przez chwilę lustrował nas wzrokiem z góry na dół, aż w końcu powiedział.
- Mam dla was inne zadanie. Czy się go podejmiecie?
- Tak jest! - odparliśmy równocześnie, jakbyśmy to ćwiczyli.
- Ooo, nawet nie wiecie co to za zadanie, a jesteście gotowi je wykonać? - zapytał, unosząc przy tym jedną brew w wyrazie zaciekawienia i lekkiego podziwu.
- Tak jest! - ponownie odpowiedzieliśmy razem.
- Dobrze, czyli słusznie zrobiłem wybierając właśnie was. - rzekł z nutą zadowolenia w głosie i zamilkł. Patrzył przez chwilę w przestrzeń, następnie spojrzał na nich i zaczął mówić. - Waszym zadaniem będzie przedostanie się do Tsubagakure. Macie pozostać niezauważeni, a jak już do tego dojdzie, macie nie dopuścić do tego, żeby dowiedzieli, że macie jakiś związek ze mną czy Shibusen. Musicie zdobyć jak najwięcej istotnych informacji i na bieżąco mnie informować, a gdy dojdzie do rozpoczęcia wojny macie natychmiast do mnie dołączyć. Również jesteście zobowiązani, aby być gotowymi na oddanie życia na tej misji. Czy podejmiecie się jej wykonania? - spojrzał na nas wyczekująco.
- Tak jest! Jak rozkażesz! - odparliśmy bez wahania.
- Rozumiem, doceniam wasze oddanie. Dziękuję. Ta misja jest naprawdę ważna, a znając wasze umiejętności, myślę że podołacie zadaniu. Wyruszacie dzisiaj o zmierzchu. Niech odwaga i siła będzie z wami! - zakończył i to był znak, że możemy odejść.
- Dziękujemy za zaufanie! - powiedzieliśmy, równocześnie się kłaniając, po czym opuściliśmy salę.
Gdy wyszliśmy na ulicę, wzięliśmy głęboki, uspokajający oddech, spojrzeliśmy na siebie i uśmiechnęliśmy się niepewnie.
- No takiej harówki to ja się nie spodziewałem. - rzekł Wataru szczerząc się jak głupi.
- A ty to zawsze to samo. Zadanie mamy i musimy je wykonać. - odparłem, ale nie potrafiłem ukryć uśmiechu, gdy widziałem jak jest rozpromieniony. - Dobra, musimy się przygotować, więc chyba się powinniśmy rozejść, nie uważasz? A o zmierzchu spotkamy się przy zachodniej bramie?
- Nie! Przecież wiesz jak beznadziejnie idzie mi organizowanie niezbędnego ekwipunku na misję! Pomóż mi! - powiedział niezbyt udanie udając zrozpaczony, a zarazem proszący ton.
- Nigdy w życiu! Radź sobie sam! - powiedziałem i ruszyłem w swoją stronę. Jeszcze przez jakiś czas słyszałem jego krzyki, moją odpowiedzią na nie było krótkie machnięcie ręką. Odkąd przeniosłem się z rodzinnej wsi do miasta, mieszkałem sam. Wróciłem, więc do mojego skromnego, małego domku i zacząłem przygotowania. Naostrzyłem miecz, spakowałem odpowiednią ilość prowiantu, wody i pieniędzy. Po krótkim namyśle wziąłem również ostrzałkę. Przebrałem się w mniej zwracające uwagę ubrania, katanę przywiązałem do pasa, a na głowę założyłem słomiany kapelusz. Gdy miałem już wszystkie niezbędne mi przedmioty, a także upewniłem się, że wszystko jest na swoim miejscu, wyjrzałem na zewnątrz i zauważyłem, że słońce już chyli się ku zachodowi, więc powoli ruszyłem w umówione miejsce. Szedłem w skupieniu obmyślając następne działania, gdy byłem już blisko celu, zauważyłem Wataru. Wbrew temu co mówił, zorganizował się dosyć szybko i skutecznie, z tego co widać na pierwszy rzut oka. 

 Przyśpieszyłem nieco kroku i już chwilę później dołączył do mnie i zmierzaliśmy drogą do Tsubagakure. Szliśmy ramię w ramię dosyć żwawym krokiem, podróż powinna zająć nam góra 4 dni. Niedługo po odpuszczeniu miasta zapadła ciemność i nie było słychać typowego miejskiego gwaru. Postanowiliśmy tej nocy nigdzie się nie zatrzymywać, tylko przejść jak najdłuższy dystans, aby w dzień móc nieco zwolnić, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Odruchowo reagowaliśmy na każdy najmniejszy szelest, nawet jak był to tylko podmuch wiatru czy zwierzę. Byliśmy wyuczeni stałej czujności. Gdy się rozjaśniło, co świadczyło o rychłym nadejściu świtu, nadal szliśmy przyśpieszonym tempem, ponieważ jeszcze nie zauważyliśmy żadnego z przechodniów. Gdy słońce już całkowicie wynurzyło się zza horyzontu zwolniliśmy kroku. W południe dotarliśmy do małej mieścinki, która składała się maksymalnie z 10 domów, przysiedliśmy na ławce, uprzednio prosząc o pozwolenie właściciela.  Zjedliśmy śniadanie, napiliśmy się i trochę odpoczęliśmy. Najpierw jeden nieco się zdrzemnął, gdy drugi czuwał, a później nastąpiła zmiana. Odnowiliśmy trochę siły, po czym podziękowaliśmy za udzielenia ławki i ruszyliśmy dalej. Szliśmy wolniej jako, iż był dzień, mijało nas sporo osób, a także był to najgorętszy moment dnia. Wieczorem ponownie zrobiliśmy przerwę, lecz tym razem była ona krótka, ponieważ chcieliśmy tylko się napić. Idąc dalej rozglądaliśmy się za miejscem, w którym moglibyśmy spędzić noc. Na razie nic nie było w zasięgu naszego wzroku, ale ostatecznie zostaje nam sen pod gołym niebem. W końcu natrafiliśmy na samotny domek, stojący przy drodze, mieszkająca w nim rodzina była dosyć duża, ale samowystarczalna, a podróżnym proponowali konie. Poprosiliśmy o możliwość spania na sianie, dobroduszna kobieta uśmiechnęła się do nas promiennie i wręczyła nam 4 koce, a także po miseczce zupy. Tej nocy spokojnie spaliśmy na sianie, słysząc parskanie koni i śpiew świerszczy. Gdy obudziliśmy o poranku, wszyscy domownicy byli na nogach, aby zająć się obejściem. Na odchodne dostaliśmy po bułce i szklance świeżego mleka. Ruszyliśmy powoli w drogę, szliśmy umiarkowanym, rytmicznym krokiem. Dzisiejszego dnia presja nieco osłabła, więc prowadziliśmy ożywioną rozmowę. Często przerywaną żartami Wataru, który bardzo lubił w ten sposób odbiegać od tematu albo rozluźniać atmosferę. Wraz z nastaniem nocy zatrzymaliśmy się, aby zjeść i odpocząć. Pół nocy przespaliśmy pod gołym niebem, a następnie ruszyliśmy dalej, a drogę oświetlał nam blady księżyc i gwiazdy. Następnego dnia w spokoju kontynuowaliśmy podróż, niebo było nieco zachmurzone, a raz nawet padał przelotny deszcz. Wieczorem dotarliśmy do małej wioski, która znajdowała się pół godziny jazdy konnej od Tsubagakure. Postanowiliśmy zatrzymać się tu, aby należycie odpocząć i nazajutrz z rana wybrać się do miasta w pełni sił. Przeszliśmy się po wiosce i znaleźliśmy mały, tani zajazd w którym wynajęliśmy dwa pokoje, zjedliśmy obfitą kolację i poszliśmy spać. Gdy tylko nastał świt, wyszliśmy na ulicę, ruszyłem przodem, a Wataru, który stał za mną, z delikatnym niepokojem zapytał.
- Ej, Ren. Czy mi się coś pomyliło, czy to ty idziesz w złą stronę? - wskazał ręką na przeciwny kierunek do tego, który ja obrałem.
- Spokojnie, nadal masz głowę na właściwym miejscu. I ja też idę w dobrą stronę. - chłopak spojrzał na mnie z niedowierzaniem i chciał coś powiedzieć, ale mu przerwałem. - Bierzemy konie, a z tego co wczoraj zauważyłem to tam są stajnie. - Wskazałem stronę, w którą zmierzałem. Spojrzał na mnie ze zrozumieniem i uśmiechnął się.
- Ty zawsze o wszystkim myślisz!
- Oczywiście, że tak. Ktoś musi. - odparłem.
- Ej! Nie czepiaj się! Ja też mam czasem dobre pomysły i przemyślane działania!
- Właśnie! Czasem! To trzeba podkreślić.
- No dobra, już dobra. A wiesz, że to po prostu oznacza, że jesteśmy dobrymi partnerami? -  zapytał patrząc na mnie uważnie.
- Nie wiem o co ci chodzi. - rzekłem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową.
- Wiesz, bo mówią, że idealni partnerzy uzupełniają nawzajem swoje słabości. I u nas tak jest! Ty uzupełniasz mnie, a ja ciebie! - powiedział najwyraźniej z siebie dumny.
- Rozumiem tą część o twoich słabościach, bo w końcu je rzeczywiście uzupełniam, ale nie potrafię sobie wyobrazić jakie niby moje słabości ty uzupełniasz. - szybko skonfrontowałem jego wypowiedź  i przyglądałem mu się badawczo.
- Jak to nie wiesz?! Oczywiście, że chodzi o twoje kiepskie poczucie humoru! - odpowiedział równie sprawnie co ja i uśmiechnął się najwyraźniej dumny sam z siebie. Jeszcze chwilę patrzałem na niego z niedowierzaniem, a następnie się roześmiałem.
- O! Jakżeś wymyślił! Nigdy bym na to nie wpadł!
Śmiałem się jak nigdy, aż mnie brzuch nieco rozbolał. Wataru na początku wpatrywał się we mnie z udawanym oburzeniem, a po chwili dołączył do mnie. Śmialiśmy się razem, idąc ulicą, aż do samej stajni. Tam na siłę się uspokoiliśmy, żebyśmy byli w stanie dogadać się z właścicielem o co nam chodzi. Już kwadrans później obaj  siedzieliśmy w siodłach na silnych, zdrowych i pięknych wierzchowcach. Mój cały czarny z jedyną białą plamką na czole w kształcie gwiazdki, nazywał się Hoshi, stał pewnie i dumnie. Czuło się bijącą od niego siłę, determinację i na pierwszy rzut oka było widać, że jest wytrzymały. Wataru zaś dosiadał śnieżnobiałego konia z plamami brązu na całym ciele różnej wielkości. Jego postawa świadczyła o tym, że jest szybki i zwinny. Również bardzo dobry i wytrzymały rumak imieniem Pinto. Podziękowaliśmy za tak wspaniałe wierzchowce i ruszyliśmy w drogę. Jazda konna to jedno z moich bardziej lubianych zajęć. Pół godziny później już byliśmy na miejscu, zatrzymaliśmy się u bram miasta. Zsiedliśmy z koni i ruszyliśmy w głąb Tsubagakure z nimi przy boku. Dyskretnie rozglądaliśmy się dookoła udając podróżników rządnych przygód, poznawania nowych miejsc i smaków. W mieście było słychać typowy gwar, ulice były pełne ludzi zarówno przyjezdnych jak i mieszkańców. Jeszcze coś rzucało się w oczy. Mianowicie to, że gdzie nie spojrzeć, było widać niewolników. Czy to z ich panami, czy na targu wystawionych na sprzedaż, czy przechadzających się tu i tam, najwyraźniej spełniając zachcianki właścicieli, czy również zajmujących się obejściem albo pracą, handlem oraz innymi czynnościami na ich rzecz. Widać było również przepych tego miasta, zwłaszcza po najwyższym, największym i najbogaciej zdobionym domu znajdującym się w centrum metropolii. To mogło znaczyć tylko jedno, że to dom władcy. Rozdzieliliśmy się, pod pozorem zwiedzania miasta, rozglądaliśmy się choćby za najmniejszymi słabościami tego miejsca czy jego mieszkańców. Zaczęliśmy szukać również informacji, udając czystą ciekawość, sprytnie i niezauważenie wydobywaliśmy z ludzi, to co nas interesowało, a oni uznawali to za nieistotne szczegóły. Tak spędziliśmy kolejne trzy dni. Cały czas wysyłając naszemu Panu wiadomości za pomocą jastrzębi pocztowych. Mieszkaliśmy w małych hotelu w środkowej dzielnicy. Dla stworzenia pozorów kupowaliśmy różne rzeczy, pamiątki i inne drobiazgi, zapoznawaliśmy się z różnymi ludźmi, gdyż to było naszym celem, który podawaliśmy obcym. Zwiedzaliśmy różne miejsca, pytaliśmy o rozmaite historie, legendy czy plotki, równocześnie sami opowiadaliśmy jakieś opowiastki i anegdotki. Czwartego dnia o poranku wyszliśmy na ulicę przed naszym hotelem z pełnym ekwipunkiem, ponieważ mieliśmy zamiar zmienić miejsce zakwaterowania, rozpowiadając, że chcemy przy okazji poznać jakość innych zajazdów. Lecz coś było inne niż w poprzednich dniach, rozejrzeliśmy się, by sprawdzić źródło tej zmiany. Z uliczki po prawej stronie dochodziły podniesione głosy i tłum rozstępował się wobec przyczyny tego zamieszania. Po chwili na główną ulicę wypłynęło 5 samurajów. Gdy zobaczyli nas, żwawo ruszyli w naszą stronę krzycząc.
- Szpiedzy! Zdrajcy! Jesteście aresztowani! Mamy pozwolenie, aby was zabić, w razie gdybyście stawiali opór! Dlatego grzecznie pójdziecie z nami.
Ja i Wataru spojrzeliśmy na siebie, uśmiechnęliśmy się, przybiliśmy piątkę, która była naszym nawykiem. Oboje dosiedliśmy swoich wierzchowców i ruszyliśmy w różne strony. On na południe, ja na północ. Mężczyzna, który przemówił wcześniej, teraz wrzeszczał jak szalony
- Łapać ich! Nie dajcie im uciec!
W tym momencie zrozumiałem, że samurajów tak naprawdę było 4, bo ten piąty był tylko człowiekiem, który starał się nim być. Był on zwykłym pozorantem. Czwórka ta rozdzieliła się, dwóch ruszyło za mną, a dwóch pozostałych za Wataru. Marna podróbka stała w miejscu i wywrzaskiwała rozkazy. Zdążyłem również zauważyć, że ta dwójka, która ruszyła za moim przyjacielem, w jego świetle wypada nieco blado, więc powinien sobie poradzić. Za mną biegł jeden młody samuraj, który miał nieco rozbiegany wzrok, najwidoczniej ze strachu. Było widać, że to jego pierwsze prawdziwe starcie. Z nim nie będzie żadnego kłopotu. Zaś ten drugi był niesamowitym samurajem. Wyczułem tą presję po jednym spojrzeniu na niego. Jego postawa była nieskazitelna, silna i pewna. Czułem, że ma za sobą nie jedno starcie i to on jest tu najsilniejszy. Nie wiem czy dam mu radę, ale najpierw muszę się pozbyć młodego... Nawet on może sprawić problemy, gdy wyczuje, że przywódca ma nade mną przewagę i dzięki temu zdobędzie się na odwagę, by też zabłysnąć. Rozejrzałem się wokoło szukając jakiegoś natchnienia. Zobaczyłem kanał nawadniający, już wcześniej sprawdziłem, że mimo, iż jest wąski, to zarazem jest bardzo głęboki. Po drugiej stronie zauważyłem stado egzotycznych ptaków w zagrodzie, obok niej stały skrzynie z owocami.  Skierowałem Hoshiego w tamtą stronę, dwójka za mną oczywiście zrobiła to samo. Wyciągnąłem miecz, mój wierzchowiec wyczuł co chcę zrobić, ponieważ nawet nie musiałem zmuszać go do skoku, sam go wykonał. Gdy tylko kopyta dotknęły ziemi, ciąłem liny przytrzymujące skrzynie, a one wraz z jabłkami spadły do zagrody, co spłoszyło ptaki. Wystraszone zwierzęta ruszyły przed siebie, prosto na tych, którzy mnie ścigali. Lider wyciągnął miecz, gdy przeskakiwał kanał, przeciął wszystkie ptaki, które weszły mu w drogę. Młodzian nie miał takiego refleksu i ogólnie za późno zauważył, co się tak naprawdę dzieje. Gdy tylko wzbił się w powietrze, aby uporać się z odległością dzielącą go od drugiej strony kanału, naskoczyły na niego trzy ptaki. Sprawiły, że opadł do wody, a nurt porwał go i po chwili zniknął z pola widzenia. Dobra. Jednego mniej. Muszę mieć przestrzeń do walki, muszę opuścić miasto! Jechałem w stronę północnej bramy, za którą była mało uczęszczana droga, gdyż prowadziła w góry i była niebezpieczna, ale była tam również polana zakończona klifem, w którego dole płynęła rwąca rzeka. Mimo, że jechałem konno, to przeciwnik systematycznie mnie doganiał. Przez tłum ludzi zgromadzony na ulicach miasta wierzchowiec nie mógł rozwinąć pełnej prędkości, co doprowadziło, że mężczyzna cały czas był w stanie nas gonić bez większego wysiłku. W końcu na uliczce prowadzącej do bramy, tłum przerzedził się i Hoshi w końcu rozwinął odpowiednią prędkość. Pościg został w tyle. Szybko przekroczyliśmy bramę, ale moja nadzieja została szybko rozwiana. Most wiszący, który był moją ostatnią drogą ucieczki, był zerwany. Koń zatrzymał się, zeskoczyłem z jego grzbietu, gdy tylko moje stopy dotknęły ziemi, przyjąłem odpowiednią pozycję i z mieczem wyciągniętym przed siebie, czekałem na mojego przeciwnika. Nie miałem innego wyjścia, musiałem podjąć walkę. Chwilę później wyłonił się z bramy miasta i wybiegł na otwartą przestrzeń. Wyglądał jak drapieżnik podążający za swoją ofiarą. Zatrzymał się około 30 kroków przede mną i spojrzał na mnie uważnie.
- Już nie uciekasz? - zapytał, badawczo wpatrując się w moje oczy.
- Skończyły mi się drogi ucieczki, a jako samuraj samobójstwa nie popełnię. Wolę zginąć z mieczem w ręku podczas walki i na pewno nie powiem nic co chcesz wiedzieć. - odparłem, patrząc na niego wyzywającym wzrokiem.
- Powiedziałeś wszystko co mnie interesuje. Tylko tyle chciałem wiedzieć. Chciałem wiedzieć czy jesteś godny nazywania samurajem, a także czy jesteś godny, abym to ja był tym, który cię zabije.
- Hah. A skąd ty niby możesz wiedzieć czego jestem godzien? - zapytałem, cały czas go obserwując.
-  Już sam fakt, że nie uciekasz, mimo że zdałeś sobie sprawę z tego, że jestem od ciebie silniejszy działa na twoją korzyść. - powiedział spokojnie, a ja wpatrując się w niego przełknąłem ślinę przez zaschnięte gardło z nerwów, wtedy on mówił dalej. - Prawdziwy samuraj to ten, który staje do walki bez względu na wszystko, walczy, aż do śmierci dzierżąc miecz i jest gotowy oddać życie w imię swego Pana. Ty spełniasz te wszystkie warunki. Dlatego walczmy! Nie zabiję cię jak zbrodniarza, a będę walczył z tobą w pojedynku na śmierć i życie. Zgodnie z zasadami uczciwości, a także by zachować nasz honor. Wyjaw mi swe imię. Chcę wiedzieć jak nazywa się człowiek, który staje ze mną na równi. - rzekł pewnie, ton jego głosu był mocny i świadczył o tym, że nie przyjmuje sprzeciwu. Zrozumiałem również, że to człowiek całkowicie oddany swoim zasadom, zupełnie jak ja, więc nawet nie wahałem się, aby wyjawić mu jak mnie zwą.
- Nazywam się Ren Toru.
- Dobre imię dla równie dobrego wojownika. Jam jest Kuki Yoshitaka.
Jeszcze raz zmierzyliśmy się spojrzeniami, gdy nasze oczy się spotkały, zawiał wiatr, między nami zawirował liść, powoli opadał. To był znak do rozpoczęcia. Z chwilą, w której listek dotknął ziemi, Kuki szybko zniżył swój balans ciałek i z przyśpieszeniem w trzech krokach znalazł się przede mną. Wziął zamach, ciął nisko celując w moje nogi. Instynktownie odskoczyłem do tyłu i końcem ostrza uderzyłem w jego miecz, aby zmienić jego kierunek. Jego cios miał niesamowitą siłę, mimo że tylko nieznacznie zmienił swój tor, to osiągnąłem swój cel i w ten sposób byłem w stanie całkowicie zablokować jego atak. Gdy tylko nasze miecze się skrzyżowały, poczułem jak jego katana wręcz emanuje energią swojego właściciela. Doszło do szybkiej wymiany ciosów, było słychać tylko ciche szelesty wiatru i zderzenia ostrzy. Gdy podbiłem jego miecz, od razu ruszyłem naprzód, celowałem w jego ramię, trafiłem, ale jego reakcja była niesamowicie szybka przez co jedynie go drasnąłem. Kuki zacisnął dłonie na rękojeści tak mocno, że knykcie mu pobielały. Zaczął napierać na mnie z całą swoją siłą, przez co spychał mnie do tyłu. Mogłem się tylko bronić, ale najważniejsze, że nie ranił mnie, dzięki temu nie traciłem, aż tak dużo energii. Jego cięcia były mocne, szybkie i precyzyjne. Gdybym tyle nie ćwiczył, nigdy nie byłbym w stanie ich skontrować. Po tym jak mnie zepchnął parę kroków wstecz, coraz bliżej klifu, zauważyłem, że się odprężył. Musiał poczuć się pewniej przez to, że zmusił mnie do defensywy, ale ja widząc to, wykorzystałem okazję i uderzyłem. Dzięki temu zachwiał się, a ja mogłem wykonać jeszcze jeden atak. Udało mi się zranić go w przedramię, z tego co zdążyłem zauważyć rana była dosyć głęboka. Ponownie natarł na mnie z całą swoją siłą, sprawił, że znowu cofnąłem się o półtora kroku i... I wtedy usłyszałem go. Usłyszałem ten głos, który mnie wzywał. Nie wiedziałem skąd dochodzi, ale słyszałem go wyraźnie. Zamarłem w bezruchu, nie wiedząc czy to jawa czy sen, a Kiku to zauważył, gdyż widać było, że chce powstrzymać swoje cięcie, ale było za późno. Od ramienia, przez cały brzuch, a kończąc na biodrze, moje ubranie zostało rozdarte, a skóra przecięta. Popłynęła krew, ale z tego co czułem to było to płytkie cięcie, przeciął mi tylko pierwszą warstwę skóry. Mój przeciwnik zatrzymał się z niepewnością wpatrując się we mnie, najwyraźniej nie wiedział, co ma zrobić. Następne co poczułem, to jak wnętrzności podchodzą mi do samego gardła, bo ziemia się pode mną zarwała i już spadałem w dół wprost do rwącej rzeki, nie miałem szans na przeżycie tego upadku. Kiku wyciągnął rękę w moim kierunku. Próbował mnie złapać, uczciwy do samego końca, ale nie udało mu się. Zabrakło mu ułamka sekundy. Wpatrywałem się w niego, a on we mnie dopóki widoku nie przesłoniła mi ciemna toń wody z rzeki. Woda, tak, wpadłem do wody. Co za marny koniec, nie wiedziałem, że przyjdzie mi umrzeć poprzez utonięcie... Jeszcze nie podziękowałem mojemu Panu czy Wataru... Gdy już uleciała ze mnie ostatnia nadzieja, ponownie usłyszałem jak ktoś mnie wzywa, następnie rozbłysk światła głęboko pod powierzchnią wody i poczułem szarpnięcie. Udało mi się na chwilę wynurzyć, zaczerpnąłem powietrze i wydałem z siebie jakiś dźwięk, ni to krzyk ni coś wyraźnego,  a po chwili znowu wciągnęło mnie pod wodę. Tym razem usłyszałem krzyk, był wyraźniejszy niż ten wcześniejszy głos, w oka mgnieniu poczułem jak coś chwyta mnie za ubranie i ciągnie mnie. Nie wiedziałem co się dzieje, a w chwilę później poczułem jak to coś wciąga mnie na brzeg. Usłyszałem kroki, wyplułem wodę, która dostała mi się do ust, a następnie dobiegł do mnie kobiecy głos.
- Wszystko w porządku? Co się stało? - zapytała z zaniepokojeniem w głosie.
Spoglądam w jej kierunku, ale nie mam wystarczająco siły, by spojrzeć w górę, widzę tylko zarys sylwetki w ciemności nocy i długie, brązowe włosy tak blisko mnie.

 Wyciągam rękę w ich stronę, by je chwycić, ale coraz bardziej opadają mi powieki.
- M-Miwa? - to jedyne co mogłem z siebie wyrzucić, mój głos był słaby i ochrypły, zanim całkowicie straciłem przytomność. Osnuła mnie ciemność, już nic nie słyszałem, nic nie mówiłem, ani nic nie czułem. Czy to tak wygląda śmierć? Czy to Miwa przyszła po mnie?
C. D. N~.

sobota, 4 czerwca 2016

Rozdział Pierwszy

1.

Nazywam się Olivia Rossi. Mieszkam z moimi rodzicami i starszym rodzeństwem na obrzeżach wspaniałego miasta jakim jest Paryż. Zamieszkujemy w dużym, a zarazem starym domku, lecz mi osobiście się on podoba, dla mnie ma w sobie coś pięknego i tajemniczego, ma w sobie to coś.  Nasze osiedle jest stosunkowo stare, więc nie mieszka tu wiele rodzin. Większość osób przeprowadziła się do nowocześniejszych dzielnic Paryża. Za to jest tu cicho, spokojnie i panuje przyjemna, rodzinna atmosfera. Niewielki dystans dzieli nasze osiedle od rzeki zwanej Sekwaną. Można tam spędzić miło czas zarówno z kimś jak i w samotności. Choć do centrum miasta i niektórych jego miejsc mam dosyć daleko to nie narzekam, ponieważ lubię swój dom, rodzinę, a także sąsiadów, z którymi jestem dosyć blisko. Można powiedzieć, że każdy z nich miał jakiś udział w moim wychowaniu. W centrum miasta można znaleźć duży, dosyć sławny hotel, którym zarządzają moi rodzice, z których jestem naprawdę dumna. Mimo że często nie ma ich w domu, cieszę się że to właśnie oni są moimi rodzicami i nigdy nie chciałam, żeby było inaczej. Już od dziecka byłam przyzwyczajona do zajmowania się domem przez pracę moich rodziców, a także przez moje starsze rodzeństwo, które nie radziło sobie samodzielnie. Jestem zadowolona, że w jakiś sposób mogę im pomóc i jestem również dumna ze swoich własnych umiejętności kucharskich. Mam trzech starszych braci, którzy wyjechali za granicę, aby zdobyć wykształcenie oraz samodzielność, która przejawia się w osobnym, samotnym mieszkaniu, a także zarabianiu pieniędzy na własną rękę. Opisując ich bliżej mogę powiedzieć, że dzięki nim każdy dzień był wyjątkowy i nigdy się nie nudziłam. Są bardzo pomysłowi, mili i opiekuńczy w stosunku do mnie. Łączy ich wiele podobieństw, nie tylko w wyglądzie, ale zarazem każdy z nich jest inny, niepowtarzalny. Nie wyobrażam sobie bycia jedynaczką. Nie mogę zapomnieć o naszym wiernym druhu, kochanym psie imieniem Rolf! Jest wspaniałym i energicznym towarzyszem, dzięki niemu jestem w takiej dobrej formie. Jest z nami od 5 lat. W domu najczęściej jestem sama, często wtedy zatapiam się w ciemnościach, marzeniach oraz moim, własnym świecie. Lecz zawsze mogę liczyć na moją najlepszą przyjaciółkę Vivi. Jest nieco zwariowaną dziewczyną, ale w pozytywnym sensie, ponieważ dodaje jej to uroku, a ja wprost ją uwielbiam. Zawsze jest przy mnie, gdy tego potrzebuję, a także w normalnej codzienności.
Tego wiosennego wieczoru siedziałam w wygodnym fotelu, w salonie i rozwiązywałam zadanie domowe z języka francuskiego. Nie jest to mój ulubiony przedmiot w szkole ze względu na nauczycielkę, ale jest to piękny język i z przyjemnością uczę się go samodzielnie. Nagle, w ciszy przerywanej jedynie tykaniem zegara, usłyszałam melodię , która dochodziła z mojego telefonu, który znajdował się na piętrze w moim pokoju, więc jak najszybciej pobiegłam go odebrać. Biegnąc, o mało nie potknęłam się na schodach, lecz udało mi się utrzymać równowagę dzięki moim dość zwinnym nogom.
- Tak, słucham?! – powiedziałam do słuchawki, gdy starałam się złapać oddech.
- Hej, Liv! Coś ty taka formalna? – z lekkim rozbawieniem odpowiedziała Vivi.
- Wybacz, nie zdążyłam zobaczyć co jest napisane na ekranie. Co jest? Coś się stało? -  odparłam wciąż nieco dysząc, usłyszałam jak chichocze słysząc moją odpowiedź.
-Liv, co ty maraton przebiegłaś? - zapytała śmiejąc się głośno. -  Tak, stało się! I to dużo! Po szkole poznałam cudownego przystojniaka! Ach! Te jego oczy... Ale ty jak zwykle musiałaś iść od razu do domu i nie miałam jak Ci go przedstawić!
- Uwierz, że tak się właśnie czuję. - odparłam cicho chichocząc. - Przepraszam, ale wiesz przecież, że nie najlepiej sobie radzę z takimi sytuacjami. – przewróciłam oczami. Ach, ta Vivi i jej pomysły. Tak naprawdę to ich nienawidzę, ale nie powiem jej tego, bo strzeli focha do końca życia, a tego bym nie chciała.
 - Tak, tak, wiem, w końcu zawsze mi o tym przypominasz. Przechodząc do sedna sprawy, mogę dziś wpaść do Ciebie ? – rzekła z proszącą nutką w głosie.
- Jeśli obiecasz, że nie będziesz mi przeszkadzać w odrabianiu lekcji to tak. – zawsze jak u mnie była, zaczynała temat o facetach i przez to nigdy nie mogłam się na niczym skupić. Rozmowa z Vivi zawsze odwraca moją uwagę od wszystkiego.
- Obiecuję! Wypożyczyłam nowy film, więc będę w ciszy oglądać. Ma bardzo wiele pozytywnych recenzji, dlatego jestem nim bardzo zaciekawiona. Za jakieś 10 minut będę u ciebie . Kupić ci coś po drodze?
- To dobra wiadomość. Jak już pytasz to kup jakieś chipsy i coś zimnego do picia. To do zobaczenia.
- Dobrze! Pa! - powiedziała radośnie Vivian i się rozłączyła.
Wróciłam do salonu, aby kontynuować przerwane zajęcie. Tym razem wzięłam ze sobą telefon, żeby nie powtórzyła się poprzednia sytuacja. Nadal robiłam zadanie z francuskiego, aż usłyszałam, że drzwi się otwierają. Do pokoju wpadła Vivi z radosnym okrzykiem.
- Witam! Tu twoja najlepsza przyjaciółka! A któż by inny? - zaśmiała się i kontynuowała. - Przyszłam, aby dotrzymać Pani towarzystwa.
Z wielkim uśmiechem na twarzy, ukłoniła się teatralnie, a następnie podeszła do mnie, dała całusa w czoło i usiadła na kanapie przed telewizorem. Zakupy rozstawiła na stoliku i spojrzała na mnie z zadowoleniem.
- Dziękuję, że przyszłaś. Zostało mi jedno zadanie, więc może poczekasz z tym filmem na mnie? - zapytałam odwzajemniając uśmiech.
- Oczywiście, że zaczekam! Ty rób szybciutko to zadanie, a ja wszystko przygotuję, szklanki itp. - odparła i zniknęła w drzwiach kuchni.
Jak zawsze czuje się jakby była u siebie w domu. Uśmiechnęłam się delikatnie i zabrałam za ostatnie zadanie. 10 minut później już wszystko było gotowe, a ja wraz z Vivi siedziałam na kanapie i oglądałam film, zajadając się chipsami, a także kanapeczkami mojej przyjaciółki, jej jedyną udaną rzeczą przygotowaną w kuchni. Muszę przyznać, że nikt nie robi lepszych kanapek od niej, widać że zdobyła to w zamian za umiejętność gotowania. Wypożyczony przez Vivi film opowiadał o Japonii, jej bogatej kulturze, a także samurajach. Był bardzo wciągający i nie mogłam oderwać wzroku od ekranu. Z każdą chwilą chciałam wiedzieć więcej i więcej, więc gdy film już się skończył poczułam się zawiedziona.
- Liv muszę przyznać, że to było cudowne! Nigdy bym się nie spodziewała, że samurajowie mogą być tak przystojni!
Muszę przyznać jej rację, gdybym mogła, też chciałabym poznać samuraja i nauczyć się języka japońskiego. Jednak wiem, że już tych czasów nie ma i nigdy żadnego nie poznam. Niestety takie jest życie. Kiedyś wszystko przeminie. Uśmiechnęłam się i odpowiedziałam.
-Vivi, musisz częściej takie filmy wypożyczać zamiast komedii romantycznych, które zawsze wybierasz.
- Ooo i tu ci przyznam po części rację! Lecz tylko po części! Chętnie popatrzę sobie na takich przystojniaków, ale nigdy nie zrezygnuję z komedii romantycznych! - odpowiedziała energicznie. Spojrzałyśmy na siebie i roześmiałyśmy się głośno. Później rozmawiałyśmy jeszcze o filmie przez chwilę zanim Vivi zmieniła temat. Gdy powoli zapadał zmrok, ale jeszcze nie było za późno, poszłyśmy na spacer z Rolfem. Po powrocie zjadłyśmy kolację i gdy już byłyśmy w piżamach, mojej przyjaciółce nie zamykały się usta, więc szybko powiedziałam.
- Dobra, czas spać Vivi.
Kiedy leżałyśmy już w łóżku, powiedziałyśmy sobie nawzajem dobranoc. Vivian zasnęła chwilę po tym, a ja jeszcze przez jakiś czas rozmyślałam nad filmem, aż w końcu zapadłam w głęboki sen. Nawet we śnie nie opuścili mnie samuraje i ich przygody. Następnego dnia wstałyśmy wcześnie rano, po zjedzeniu śniadania, ruszyłyśmy do szkoły. Lekcje dosyć szybko zleciały przynajmniej dla mnie. Na szczęście to już piątek, jedyny problem w tym, że znowu muszę się ukradkiem wykradać ze szkoły, aby nie złapała mnie Vivian. Znowu chciała mi przedstawić jakiegoś chłopaka, mimo że już wiele razy jej powtarzałam, że nie musi tego robić. Udało mi się skutecznie przemknąć przez tylną bramę i już byłam w drodze do domu. Gdy szłam ulicą, ze słuchawkami na uszach słuchając ulubionej muzyki, znowu przypomniałam sobie wczorajszy film, tak rozmyślając o mało nie wpadłam na drzwi biblioteki. Zaskoczona i zażenowana swoim rozkojarzeniem, próbowałam wyglądać naturalnie, więc weszłam do środka. Nagle pomyślałam, że poszukam jakichś książek o samurajach i Japonii, w końcu ten film nie daje mi spokoju. Wypożyczyłam trzy książki o samurajach, dwie o kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni i jedną o jego historii. Moja torba stała się niemiłosiernie ciężka i niemożliwym było niesienie jej na ramieniu, więc wzięłam ją w ręce. Mimo tej niedogodności jakoś doszłam do domu. Resztę dnia spędziłam na studiowaniu moich nabytków. Bardzo mnie wciągnęły, nie zważając na nic, całkowicie się im poświęciłam. Wieczorem, gdy niebo już powoli ciemniało, Rolf przyszedł do mnie i przyniósł ze sobą smycz. Rozciągnęłam się nieco i byłam mu wdzięczna, że mnie oderwał od tej lektury, bo nawet nie zauważyłam upływającego czasu. Pogłaskałam go i przytuliłam mocno. Następnie wyszłam z nim na spacer nad rzekę. Sekwana wygląda przepięknie podczas zachodu słońca. Wzięłam ze sobą ulubioną piłkę Rolfa, więc zaczęłam nią rzucać, ponieważ był on mistrzem w jej łapaniu i przynoszeniu. Mimo tego, że byłam zajęta, dalej myślałam o samurajach, Japonii, historii tego pięknego kraju i jego kulturze. Gdy już skończyliśmy się bawić, zauważyłam, że już całkowicie się ściemniło i na ścieżce dla pieszych, która znajdowała się nieopodal, powoli zapalały się bladym światłem latarnie. Wypadałoby już wrócić. Zaczęłam się zbierać do drogi powrotnej, gdy nagle zobaczyłam blask bijący od płynącej spokojnie wody. Zwróciłam się w tamtą stronę i podeszłam bliżej brzegu, zaczęłam się wpatrywać w to tajemnicze światło. Zastanawiałam się nad jego źródłem, gdy nagle usłyszałam jakiś głos, męski głos, a po chwili głośny plusk wody, a widziałam jedynie cień. Zanim się spostrzegłam blask zgasł, a na wodzie unosił się mężczyzna.
- Rolf! - krzyknęłam, a pies wskoczył do wody i już płynął na pomoc tajemniczemu przybyszowi.


Rolf
C. D. N~.

niedziela, 29 maja 2016

Przedstawienie bohaterów.

BOHATEROWIE


Imię: Ren
Nazwisko: Toru
Wiek: 21
Data urodzenia: 21 maja, Byk
Grupa krwi: A
Wzrost: 182 cm
Waga: 68 kg
Lubi: Sztuki walki (nigdy nie rozstaje się ze swoim mieczem).
Ulubione danie: Ramen.
Nie lubi: Kotów (gdy jakiegoś widzi od razu ucieka).
Opis: Ma dobry kontakt z rodziną i przyjacielem, który jest równocześnie jego rywalem, ale wobec obcych jest formalny, a wręcz oziębły. Jest lojalny wobec swego pana - Masaomi Hattori, jest najsilniejszym z jego samurajów. Bardzo przestrzega kodeksu Bushido. Jest w stanie zabić siebie i innych, gdy zostanie złamane prawo.  


Imię: Olivia
Nazwisko: Rossi
Wiek: 18
Data urodzenia: 3 marca, Ryby
Grupa krwi: 0
Wzrost: 164 cm
Waga: 53 kg
Wymiary: 86-58-87
Lubi: Grać na fortepianie. Jej ulubionym sportem jest koszykówka. W wolnym czasie czyta książki i mangi yaoi.
Ulubione danie: Spaghetti
Nie lubi: Pająków, żab i innych pełzających, oślizgłych paskudztw.
Opis: Ma trójkę braci, więc jest nieco chłopięca. Lecz zarazem dobrze opiekuje się domem, ponieważ chciała w jakiś sposób pomóc rodzicom, którzy byli zajęci pracą. Jest trochę zuchwała, zwłaszcza gdy chodzi o umiejętności kucharskie. Odkąd jej bracia się wyprowadzili, jest lekko osamotniona, ale zawsze dotrzymuje jej towarzystwa najlepsza przyjaciółka. Choć nigdy tego nie przyzna, wzruszają ją komedie romantyczne. 


Imię: Wataru
Nazwisko: Ichiro
Wiek: 20
Data urodzenia: 14 sierpnia, Lew
Grupa krwi: B
Wzrost: 168 cm
Waga: 65 kg
Lubi: Łowić ryby, walczyć z Renem i tak samo nie rozstaje się ze swoją bronią, a są to dwa miecze.
Ulubione danie: Takoyaki.
Nie lubi: Wysokich miejsc (ma lęk wysokości).
Opis: Jest najlepszym przyjacielem Rena, a zarazem jego rywalem. Również jest samurajem i jest całkiem silny. Walczy dwoma mieczami, ich walki kończą się zazwyczaj remisem, a niekiedy zwycięstwem Rena. Jest zabawny, radosny i pozytywnie nastawiony do życia. Także przestrzega kodeksu Bushido.


Imię: Vivian
Nazwisko: Armstrong
Wiek: 18
Data urodzenia: 10 grudnia, Strzelec
Grupa krwi: A
Wzrost: 167 cm
Waga: 54 kg
Wymiary: 88-59-88
Lubi: Jazdę na rolkach, jej ulubiony sport to tenis. W wolnym czasie lubi robić zdjęcia i rozmawiać o chłopakach.
Ulubione danie: Wszystko co słodkie.
Nie lubi: Boi się duchów i strasznych opowieści.
Opis: Najlepsza przyjaciółka Olivii, jest pozytywnie zakręcona i miewa szalone pomysły. Bardzo optymistycznie podchodzi do wszystkiego, co napotyka w życiu. Jest wsparciem dla swojej przyjaciółki w każdym momencie. Bardzo próbuje znaleźć dla niej chłopaka, ponieważ lubi tematy związane z randkowaniem i znajduje szczęście w szczęściu przyjaciółki, która nie ma powodzenia u płci męskiej ze względu na jej osobowość. Nie umie gotować ani sprzątać, ale zrobi wszystko, jeśli poprosi ją ktoś kogo lubi. Jej przezwisko to Vivi, a na Olivię mówi Liv. 

Ich historia wkrótce się rozpocznie~.